Klocki

Ocena: 
0
Brak głosów

Przelotny deszcz ustał szybciej, niż się pojawił. Wiatr osuszył wielobarwną kostkę chodnikową. Zachodzące słońce złociło ostatnie jesienne liście. Kilka drżących kropel wody połyskiwało na nich brylantowym blaskiem, by po chwili zgasnąć. Spadły, strzepnięte podmuchem, wprost pod moje stopy.

Eryk odszedł. Ciągle powtarzał, że będzie musiał, ale myślałam, że to tylko takie gadanie. Wieczna, niespełniona obietnica, której bynajmniej nie chciałam, by dotrzymał.

Ale po kolei.

Kiedy byłam mała, rodzice zaciągnęli mnie do lekarza od czubków, bo widziałam różne rzeczy, których nie widział nikt inny. A że psychiatra też nie widział, uznał… Już nie pamiętam, co uznał, grunt że wysłał mnie do szpitala, a tam zostałam nakarmiona lekarstwami i wizje się skończyły. Rodzice odetchnęli, dziadkowie przestali się bać. Tylko ja poczułam się okrutnie opuszczona. Samotna w rzeczywistości. Bez kolorowych wizji i cudnych światów. Bez czarodziejskiego chłopca. Kompletnie wyobcowana.

Z czasem przywykłam. Do trójwymiarowego otoczenia, do dźwięków i ograniczeń. Przywykłam, ale wciąż tęskniłam. Dni mijały, jeden podobny do drugiego. Nie mogłam już przepływać między nimi. Nie potrafiłam, jak niegdyś, przekładać dowolnie godzin i łączyć ich jak klocki lego, zielony z czerwonym, długi z krótkim. Pozornie niepasujące, a przecież stanowiące idealne zespolenie. Kiedyś godziny były tylko liczbami, a dni pustymi nazwami. Pływałam, składając środę z piątkiem, poranek z nocą. Tysiące barw płynęło wraz ze mną. Niekończąca się tęcza. I setki istot. Dziwoludki z innych światów, bardziej rzeczywiste niż otoczenie, trzymały mnie za ręce, ucząc widzieć. Każdego dnia, wciąż od nowa, tęskniłam do tamtych czasów.

Skończyłam studia i znalazłam pracę. Codzienność w biurze zabijała duszę. Z tym też nauczyłam się żyć. Niezmienność zmian, jak mówił Eryk.

Pojawił się w dniu, w którym umarł tata. Płakałam na szpitalnym korytarzu i wypłakałam chłopca z dzieciństwa. Zmienił się. Nic w tym dziwnego, przecież i ja się zmieniłam. Nie miał już kilkunastu lat, więc ledwie go poznałam. Najpierw się przestraszyłam. Kiedy przez większość życia wierzysz, że twój dar był tylko efektem choroby, a cudów nie ma – to nie ma. I już. Magia się nie zdarza. To w telewizji to tylko iluzja albo efekty specjalne.

Eryk był moim efektem specjalnym.

Usiadł naprzeciw mnie. I czekał. Kiedy wreszcie podniosłam głowę, nieporadnie rozmazując łzy, uśmiechnął się smutno.

– Cześć, Barwinko – powiedział niskim, łagodnym głosem. I przeraził mnie nie na żarty. Chyba nawet przestałam oddychać, bo szybko przysunął się i chuchnął, oddając mi tchnienie. – No, już, nie bój się. Nie oszalałaś.

Posłuchałam. Nie, żebym racjonalnie uwierzyła w to moje nieoszalenie. Co to, to nie. Po prostu, kiedy Eryk coś mówi, muszę mu wierzyć. Bo Eryk nigdy nie kłamie. Ma rozliczne wady. Bywa uparty i apodyktyczny. Kiedy coś sobie postanowi, nic i nikt nie zdoła go przekonać. Nigdy jednak nie kłamie.

No tak, rzeczywiście! Przecież skoro nie kłamie, to powinnam wiedzieć, że odejdzie. Obiecał.

Nie bałam się, bo Eryk kazał. Siedział tam przy mnie, na korytarzu, mój dorosły chłopiec z dzieciństwa, i chociaż nawet mnie nie dotknął, cały mój żal, cały strach i ból po odejściu taty, nagle osłabły. Podzieliliśmy go na dwa, a we dwoje wszystko łatwiej unieść.

Dni toczyły się dalej, ale już inaczej. Eryk pojawiał się i znikał. Kiedy go nie było, rzeczywistość łapała mnie w posępne kleszcze i trzymała, wyciskając ostatnie tchnienie z rozmarzonej duszy. Trwałam w zawieszeniu. Do chwili, w której Eryk znowu się pojawiał. I, jak w dzieciństwie, płynęliśmy przez czas i przestrzeń, układając z klocków godzin i dni abstrakcyjne budynki. Nic się nie zmieniło. Wszystko się zmieniło.

Nikt nie może pozostać na wieki dzieckiem. Każdy dorasta. Ja dorosłam i Eryk dorósł. Patrzył na mnie inaczej. I nigdy nie dotykał. A kiedy którejś nocy, gdy składaliśmy poniedziałek z piątkiem, żeby sobotę wydłużyć o wtorek, zapytałam, dlaczego nigdy mnie nie dotyka, spojrzał mi w oczy, smutno, żałośnie, i odpowiedział:

– Bo jeśli cię dotknę, będę musiał odejść.

Przemknęła mi wtedy myśl, że może warto… Warto zaryzykować, żeby dowiedzieć się, jak to jest oddychać wraz z Erykiem. Może warto, by choć na krótką chwilę stać się, jak nasze niepasujące klocki, jednością. Przemknęła mi taka myśl, ale Eryk już chwytał błękitne wstęgi nieba i splatał je z czerwienią poświaty zachodzącego słońca, więc nie poświęciłam temu marzeniu więcej czasu.

Niestety, nawet marne nasionko może z czasem zakiełkować. Tak się stało z moim nasionkiem niepewności i strachu. Bo, przecież, może jednak nie ma Eryka. Może go sobie wyobraziłam, może znów powinnam się leczyć?  Kiedy mój dorosły chłopiec znikał, drobinki przerażenia wypełzały z mroku i połyskiwały gniewnie.

Aż wreszcie musiałam się upewnić.

Warkocze barw płynęły pomiędzy postrzępionymi chmurkami, poniedziałek przeskoczył środę i zmierzał do soboty… A ja dotknęłam mojego Eryka.

I on odszedł.

Jestem więc tu i czekam. Wiem, że Eryk wróci. Powiedziały mi to dziwoludki. Widziały go w parku, kiedy płakał ze szczęścia i strachu, wyplatając tęczowe koszyczki. Niedziela mknie do środy, a ja czekam.

Bo Eryk wróci.