Kto miałby przeżyć, jak nie ona?

Ocena: 
7.75
Average: 7.8 (4 votes)

Odgłos przekopywanej małymi rączkami ziemi odbijał się echem po osiedlu. Słońce dopiero rzucało pierwsze promienie na złudnie zieloną trawę. Tam, gdzie z płytkich grobów wystawał czubek nosa czy palce, trawa wyraźnie żółkła. Soczyście zielona rosła jedynie wzdłuż grządek, w samym sercu podwórza. Murek w miejscu, gdzie prowizoryczny cmentarzyk ustępował poletku, także zdążył obrosnąć niezdrowym mchem.

Dziewczynka wstała, otrzepując kolana z ziemi. Zanim wrzuciła chwasty na dziecięcą plastykową taczkę, poprawiła pochwę z nożem, umocowaną do wąskiego skórzanego paska. Dopiero kiedy upewniła się, że nóż dobrze leży, złapała taczki za rączki i ruszyła ku obórce. Nic nie mogło się zmarnować, nawet chwasty.

Pokojowo nastawione warzywa nie miały szans w starciu z bezwzględnym zielskiem. Podobnie było w królestwie ludzi – wygrywał silniejszy. Albo ten, który miał silniejszych sojuszników. Choć, jak pomyślała dziewczynka, ostatecznie marchewka lądowała na talerzu swojego wybawcy.

Ojciec powiedziałby, że wygląda komicznie. Dwa jasne warkoczyki podskakiwały rytmicznie, kiedy pchała czerwoną taczkę z plastyku. Niebieska sukienka, uszyta z męskiej koszuli, plątała się pomiędzy chudymi łydkami. Właśnie tak - samotna, mała dziewczynka z wielką kosą za pasem, pieląca grządki w środku pustego miasta. Ojciec zaśmiałby się i puknął ją w czoło. Co ty wyprawiasz, dziecko, uprawiając ogródek na skwerku osiedla? Kto pozwolił ci łazić po balkonach i przyczepiać bambusowe tyczki, po których teraz pnie się groszek z fasolą? Przecież mogłaś spaść, zrobić sobie krzywdę…

 - Arnold spadł – powiedziała dziewczynka w pustkę. Kiedy uświadomiła sobie, że mówi do siebie, przystanęła, potrząsnęła warkoczykami i uderzyła się w czoło otwartą dłonią. Pac, pac, pac. Mówisz do siebie, kochanie.

- Właśnie. Arnold spadł. Czy to takie rozsądne, pozwalać dzieciom biegać po balkonach? Od kiedy ogrodnictwo stało się sportem ekstremalnym?

- Chcieliśmy mieć groszek i winogrona… - powiedziała niepewnie. Wciąż nie do końca wiedziała, jak zachować się, kiedy znowu usłyszy tatę. W końcu taty tu nie było

- Trzeba było zasadzić kijki w ziemi, nie - puszczać je balkonami…

- To by zajęło więcej miejsca na dole.

- A jak będziecie zrywać ten groszek? Będziecie skakać po balkonach?

Oho. I tu ją miał.

-  Jakoś sobie poradzimy – powiedziała dumnie.

Widmo ojca zaśmiało się z pobłażaniem, jakby była małym dzieckiem, robiącym coś głupiego i rozkosznego zarazem. Nie traktował jej poważnie, więc postanowiła nie odzywać się do niego więcej. Ojciec chyba nie zdawał sobie sprawy z grozy sytuacji. Musieli przecież przeżyć za wszelką cenę.

A kto miałby przeżyć, jeśli nie ona?