Pszczeli los

Ocena: 
10
Average: 10 (2 votes)

Doliczywszy się tego poranka trzydziestego padłego trzmiela, farmer Giles nie mógł już ignorować faktu, że nastał początek bitwy o Sheldon Farm.

Wgniótł zwęglone resztki owada w ziemię, przyglądając się najbliższej jabłonce. W normalnych okolicznościach na obsypanych kwiatami gałęziach powinno roić się od pszczół. Niestety podczas inspekcji sadu nie znalazł ani jednej – a przynajmniej ani jednej żywej. Jak tak dalej pójdzie, we wrześniu jego zbieracze znajdą raptem kilka owoców. To samo dotyczyło zresztą gruszek, malin, pomidorów i cukinii.

Jak dotąd farmer Giles nie przywiązywał zbytniej wagi do zasłyszanych tu i ówdzie plotek na temat uzbrojonych w lasery robo-os. Jednak w obliczu zagłady swoich genetycznie zoptymalizowanych zapylaczy nie mógł dłużej udawać, że problem nie istnieje. Po tym, jak na obszarze Wysp Brytyjskich zaprzestano uprawy modyfikowanej genetycznie pszenicy, bio-luddyści przypuścili atak na sadowników i hodowców warzyw z hrabstwa Kent.

I na co nam to wszystko?

Wiadomość, przypadkowo wysłana przez AgroNet, przyniosła natychmiastową odpowiedź, brzęczącą w głębi jego umysłu.

Bo uprawa roli to nasza działka, bracie!

Farmer Jones jak zwykle miał rację.

Święta prawda!

Jeśli mieszkańcy tego coraz bardziej jałowego i nieprzyjaznego skrawka ziemi mieli nadal czerpać z żywieniowego rogu obfitości, farmerzy tacy jak on musieli znaleźć sposób, by wygrać tę wojnę.

***

Po całym dniu pracy farmer Giles lubił relaksować się przy dokumentach z czasów wojny, przesyłanych bezpośrednio do jego mózgu za pośrednictwem kanału historycznego. Dzięki nim zdawał sobie sprawę, że konsekwentny atak zwykle sprawdza się w starciu z upartą obroną.

Nie zmieniało to faktu, że musiał wyrobić normę produkcyjną, inaczej groziły mu surowe kary ze strony Asdy. Zamówił więc nową partię zapylaczy, tym razem sztucznych i wyposażonych w laserowe żądła.

***

Pszczoła nie poruszyła się, gdy farmer Giles trącił ją palcem stopy. Nie wykrył przy tym żadnych oznak poparzenia. Brak danych diagnostycznych w rejestrach kazał mu przypuszczać, że impuls elektromagnetyczny usmażył tyci mózg robota.

Zaalarmowany dostrzeżonym kątem oka czerwonym błyskiem detektora ruchu, szybkim krokiem opuścił sad. Zbliżając się do wschodniej granicy Sheldon Farm, odrzucił pelerynę kamuflującą. Żylasty mężczyzna z ogoloną głową i przysadzista, ciemnowłosa kobieta – oboje ubrani w odzież kamuflującą – podnieśli wzrok znad standardowych wojskowych tabletów.

– Nigdy nie powstrzymacie mnie od uprawiania roli – powiedział.

To była jego działka. Nie miał w życiu innego celu.

Para wybałuszyła na niego oczy – być może zaskoczyła ich jego nagość. Ale po co nosić ubranie, skoro zasila cię światło słoneczne?

I po co uprawiać żywność dla ludzi, którzy na to nie zasługują?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Twoi koledzy, którzy uprawiali pszenicę w Norfolk, mówili to samo.

– Mogę zawsze dokupić zapylaczy.

– A my i tak je zniszczymy – wtrąciła tym razem kobieta. – Będziemy tak robić dopóki nie skończysz z uprawą genetycznie modyfikowanych plonów. I to właśnie tobie prędzej wyczerpią się fundusze, nie nam!

To bez wątpienia prawda, pomyślał farmer Giles. Poza tym lokalna policja już dawno przestała udawać, że stoi na straży okolicznych terenów. Czy naprawdę warto było dalej toczyć tę wojnę?

Skonfrontowany z wizją prowadzącej do bankructwa eskalacji starć insektów, skinął głową na znak zrozumienia.

– Dobrze, pomyślę nad tym.

– Cóż, w porządku. – Kobieta wydawała się zaskoczona, że tak łatwo poszło.

Farmer Giles odwrócił się plecami do swoich prześladowców.

Musiał po prostu znaleźć nowe źródło utrzymania.

***

Prawda była nie do przełknięcia, ale i tak należało się z nią zmierzyć. Hodowanie niemodyfikowanych owoców i warzyw z perspektywy finansowej nie miało najmniejszego sensu. Ceny sadzonek były o wiele za wysokie, wymagane ilości nawozu nielegalne, a plon zbyt niski.

Farmer Giles spojrzał na łąkowe stokrotki, kwitnące pomimo gorąca.

Chyba przerzucę się na kwiaty.

W wyniku letnich suszy hodowcy na kontynencie zmagali się z niedoborem towaru, co kazało mu przypuszczać, że właśnie trafił na zyskowną niszę na rynku.

Farmer Jones prychnął z odrazą.

Ja hoduję kukurydzę na biopaliwo. To na pewno przyniesie zysk. Ale życzę powodzenia z kwiatkami.

I nawzajem!

Farmer Giles przypuszczał, że powodzenie nie wystarczy sąsiadowi do przepędzenia roju szkodników migrujących z rejonu Morza Śródziemnego, ale powstrzymał się od udzielania rad.

W końcu musiał zamówić nasiona.

***

Postawił dwa kosze świeżo ściętych kwiatów na rozkładanym stoliku i oparł się o główną bramę Sheldon Farm w oczekiwaniu na następną grupę uchodźców. Doliczył się dziesięciu pszczół, zanim przed bramą zaparkował wóz terenowy.

Najwyraźniej biopaliwa nadal było pod dostatkiem.

Z samochodu wysiadła dwójka ludzi. Ciemnowłosa kobieta o wynędzniałej twarzy ściskała kurczowo rękę łkającego dziecka. Farmer Giles zdał sobie sprawę, że już ją kiedyś widział. Domyślił się, że towarzysz bojowniczki anty-GMO opuścił ją krótko po tym, jak supermarkety ostatecznie zamknęły swe podwoje.

Kobieta zapatrzyła się na kwiaty, po czym rzuciła mu zrozpaczone spojrzenie.

– Nie ma pan nic do jedzenia?

Potrząsnął głową i zatknął łodyżkę tulipana za lewym uchem chłopczyka. Kobieta skrzywiła się.

– A to niby po co?

– Na drogę – odpowiedział.

Chłopiec zaczął przeżuwać podarek zanim matka zdążyła odciągnąć go od koszyków. Farmer Giles ze smutkiem pokręcił głową. Miał nadzieję, że ludzie wybiorą śmierć z kwiatami we włosach, ale mało kto się na to decydował.

Ostatnimi czasy nie miał nawet serca, by domagać się zapłaty.

Przełożyła Martyna Bohdanowicz

Odpowiedzi

Ładne