Szepty

Ocena: 
6.5
Average: 6.5 (2 votes)

Słyszysz, słyszysz te szepty w swej głowie? Te gorące, wilgotne, pełne pasji? Te ciche i oschłe, brzmiące jak oskarżycielskie słowa rozczarowanego nauczyciela? W końcu te puste oraz proste, opisujące świat wokół ciebie niczym pozbawiony emocji narrator?

Nie? Nie słyszysz?

Bo ja słyszę cały czas.

Widzisz, to one kazały mi do ciebie podejść. To one kazały mi się uśmiechnąć, nieśmiało odgarnąć włosy za ucho. To one mówiły, bym nie wpatrywała się w swoje rdzawe sandały, lecz w twoje oczy. W twoje piękne, błyszczące oczy, wielkie i brązowe, ozdobione kryzą długich rzęs.

Nie wiedziałeś o tym. Odwzajemniłeś uśmiech, zatrzymując się zaledwie na chwilę. Powiedziałeś, że przepraszasz, że naprawdę się spieszysz, że spóźniony gnasz do pracy… Nie uwierzyłam ci. Ale moje szepty, me opiekuńcze duchy, anioły o puszystych skrzydłach i głosach słodkich jak miód, uspokoiły mnie. Popatrz, mówiły, popatrz na jego koszulę. Na jego czoło, błyszczące niezdrowo pod krótko przyciętymi włosami. Jest cały spocony. Biegł, to pewne. To nie tak, że cię odrzucił. Naprawdę się spieszy.

Patrzyłam za tobą, jak przebiegałeś przez ulicę, niemal wpadając pod autobus.

Następnego dnia również cię tam spotkałam. I również się spieszyłeś. Uśmiechnąłeś się przepraszająco, niezręcznie, przestępując z nogi na nogę. Nie powiedziałabym nic, ale szepty mej podświadomości kazały zapytać. Czy chciałbyś… czy może… Nie dałeś mi dokończyć. Odparłeś, że z wielką chęcią, lecz teraz – jak zawsze – się spieszysz. Ale będziesz tu jutro. I pojutrze. Napisz swój numer na kartce, powiedziałeś, i daj mi go jutro. Tutaj, o tej samej godzinie.

Pomachałeś mi wesoło i znów niemal skończyłeś pod kołami jakiegoś samochodu.

Więc dałam ci swój numer, z utęsknieniem patrząc w twe sarnie oczy. Napisałeś ledwie dzień później, nieco niewprawnie, ale z radością. Umówiliśmy się na randkę na sobotnie popołudnie.

Ubrałam się w żółtą sukienkę, którą podpowiedzieli mi niewidzialni stróże. Malowałam się wesoło przed lustrem, paplając z nimi niczym mała dziewczynka. Nie mogłam tego widzieć, ale wiedziałam, że szepty się uśmiechały. Było to słychać w ich głosie.

Usiedliśmy przy stoliku, złożyłeś za mnie zamówienie. Byłeś szarmancki i piękny, gdy mrugałeś leniwie tymi idealnymi oczami. Patrzyłam na nie z zachwytem, próbując nie zatonąć w nich całkowicie; by nie wydać ci się zbyt dziwaczna, mimo szeptów, które wciąż ze mną były.

Mimo naszych starań randka okazała się porażką. Nikt nie popełnił żadnego błędu. Po prostu do siebie nie pasowaliśmy. A przynajmniej tak mówiły moje prywatne szepty.

Rozstaliśmy się lekkim pocałunkiem w policzek.

Zobaczyłam cię dwa dni później, w poniedziałek, gdy jak zwykle gnałeś do pracy. Spuściłeś na oczy zasłonę rzęs, nie wiedząc, co począć. Co powiedzieć.

Więc ja powiedziałam. Szepty błagały, bym tego nie robiła – ale to tylko szepty, prawda? Tylko szepty w mojej głowie. Mogę ich posłuchać, kiedy zechcę, ale też zignorować, gdy tylko tego pragnę.

Przepraszam, że to zrobiłam. Ale wiesz… masz tak piękne oczy. Nie chciałam, by był to ostatni raz, kiedy je widzę.

Zgodziłeś się na kolejną randkę, nieco z litości, wiem o tym. Jednak się zgodziłeś. Na wieczór przy winie i cichej muzyce. Powiedz, pałała tobą żądza? Czy może miałeś zamiar przyjść i uciec po godzinie?

Oczywiście, nie uciekłeś. Upiłeś się. Nie zauważyłeś, ale ja prawie nie tknęłam wina. Butelkę, którą kupiłeś na tę okazję, wypiłeś praktycznie sam.

Zbliżyłam się do ciebie, chcąc, by twe oczy stały się całym moim światem. Szepty wzmogły się. Zaczęły wrzeszczeć swym umęczonym, zachrypniętym głosem. Błagały, groziły, nakazywały, płakały. Nie słuchałam ich. Nie tym razem.

Zaciągnęłam cię do łóżka. Miękko padłeś na materac, uśmiechając się błogo. Brązowe oczy szkliły ci się w pijackiej uciesze, rozmyte wodziły po pokoju, po mnie, próbując pochłonąć mnie całą.

Przywiązałam cię do wezgłowia. Spodobało ci się to. Chichotałeś, mówiąc, że drugie spotkanie jest jeszcze ciekawsze, niż myślałeś.

O, ciekawsze. To dobre słowo.

Suche krzyki w mej głowie uniosły się w crescendo, gdy usiadłam na tobie okrakiem. Gdy pochyliłam się, by pocałować cię w wąskie wargi – ostre, mocne, zupełnie niesmaczne. Znów uśmiechnąłeś się z rozmarzeniem, naciskając na mnie od dołu.

Sięgnęłam do szuflady szafki nocnej. Szepty w mojej głowie ucichły.

Twoje przepiękne, prześliczne oczy rozszerzyły się z przerażenia. Otworzyłeś usta do krzyku.

Zdążyłeś wydać z siebie tylko głuchy warkot, gdy nóż gładko przetoczył się po twojej szyi.

Plułeś krwią, brudząc swe usta. Ale to nie było ważne. To nie one były dla mnie piękne. To nie dla nich to zrobiłam.

Zręcznie wydobyłam z twej twarzy skarb. Dwa klejnoty, błyszczące kamienie szlachetne o barwie czekolady. Dwa lśniące zwierciadła, w których się zakochałam.

Rozkładam zakrwawione gałki oczne na dłoni, spoglądam na nie z matczynym uczuciem, całując je delikatnie. Teraz, mój skarbie, szepczę cicho, już zawsze będziesz na mnie patrzył z uwielbieniem i przerażeniem.

Szepty w mojej głowie tego nie komentują. Umilkły.

Na zawsze.