In flagranti

Ocena: 
0
Brak głosów

Z biura wyszedłem totalnie wypruty.

Najpierw papiery pobytowe i losowanie polskich opiekunów dla pasażerów sześciu statków, które wylądowały na Bemowie dwa tygodnie temu. Właśnie ich wypuścili z ośrodka edukacyjnego, dumnych, że znają już nowy język (co widać po kształcie i kolorze wypustek twarzowych, umiem to już poznać) i pełnych euforii, że w tramwaju sami skasowali bilety. Język oczywiście znają… że jak Cię mogę, Bogu dzięki, mamy tłumaczy z pierwszych fal imigracyjnych. No i oczywiście również dziś, pech normalnie, rejestracja imigrantów z jedenastu wczorajszych statków! Nie znają języka ani zwyczajów, często miotają się, w strachu czy w furii, po pokojach przesłuchań i nie dowierzają nawet własnym pobratymcom potrafiącym mówić naszym językiem.

Cudny dzień w polskiej filii Europejskiego Urzędu Kosmicznej Imigracji.

W drodze do domu myślałem o tych paru tysiącach ufoków, którzy jutro wyjdą na nasze ulice. Rozjadą się po Polsce, kolejna fala budząca nieufność i niechęć. Musi potrwać nim kolejni Polacy dojdą do wniosku, że z Beltensianami można normalnie żyć. Że nie przybyli by nas podbijać czy eksterminować, niczym w popularnym filmie S-F. Że w gruncie rzeczy wspólna decyzja rządów naszej planety, by udzielić azylu rasie, której planetę czekała rychła zagłada, była słuszna. Przybyli w pokorze na jedyną znaną sobie planetę dla nich biologicznie zdatną do życia. Ale niestety – już zamieszkaną. Poprosili i uzyskali zgodę.

Myślałem o tych tysiącach Polaków dziś wylosowanych, by stać się opiekunami dla nowych mieszkańców naszego kraju. Nie zazdrościłem im, oj nie. Pierwsze miesiące będą ciężkie, ufoki mimo tego dwutygodniowego kursu gówno o nas wiedzą. Pamiętam ten czas  sprzed ponad trzech lat, gdy zostałem opiekunem Bryta. Koszmar. Łaził za mną wszędzie jak przylepiony, niewiele rozumiał, niewiele umiał powiedzieć. Uczył się naszego kraju żmudnie.

Przez te lata, mimo naszej odmienności, zdołaliśmy się poznać. I polubić. Bryt jest naprawdę świetnym kompanem. Choć ufoki rozumują na sposób bardzo dla nas dziwaczny, okazało się, że świetnie się z Brytem rozumiemy. Stał się dla mnie prawdziwym przyjacielem, którego nie raz prosiłem o pomoc i któremu nie raz się zwierzałem.

Właściwie, by rzec prawdę, jest przyjacielem nie tyle moim, co naszego domu. Z Martą, moją żoną, bardzo się polubili, wręcz przepadają za sobą. I nawet zdarzało mu się być pomiędzy nami mediatorem, choć jesteśmy raczej zgodnym małżeństwem i nie kłócimy się zbyt często.

Tak… współczuję nowym opiekunom. Ale wiem, że wszystko się im ułoży.

Do domu dotarłem ostatkiem sił. Ledwie zdjąłem buty, ruszyłem od razu do sypialni. Marzyłem tylko o tym, by rzucić w kąt torbę, zdjąć przepocone ubranie, umyć się i zlec na pół godzinki przed telewizorem ze szklanką czegoś zimnego w dłoni. Na schodach na piętro usłyszałem, że telewizor już gra, widocznie Marta wróciła wcześniej. Ucieszyłem się, to nawet lepsze od telewizora, po prostu pogadać sobie, zżucić całodzienne frustracje, odreagować psychicznie.

Po ciężkim dniu musiałem być naprawdę nieźle skołowany. Bo dopiero stając w półotwartych drzwiach sypialni zrozumiałem, że rozchodzące się po domu dźwięki nie pochodzą z telewizora. Ujrzałem jak moja żona kocha się... z Brytem.

Nie mieli szans mnie zobaczyć. Korytarz na piętrze był pogrążony w półmroku zaś sypialnia rozświetlona promieniami słońca wpadającymi przez dwa duże okna. Widziałem wszystko jak na dłoni. Przeplatające się w pościeli ciała, złocistą i wilgotną skórę Marty, błądzące dłonie, rozwarte usta, skołtunione włosy, wypustki twarzowe i plecowe Bryta mieniące się wszystkimi barwami tęczy. I to jakimi! Jeszcze nigdy, w największych nawet emocjach nie miał takich kolorów!

Stałem wmurowany, torba ciążyła na ramieniu, przepocona koszula nieprzyjemnie lepiła się do ciała pod marynarką. Zamglony zmęczeniem i szokiem mózg tylko rejestrował obrazy. I dźwięki, pełne głębi spazmatyczne jęki Marty i głuche, nieco dziwne pohukiwania Bryta.

Zszedłem po cichu do kuchni i ochlapałem rozpaloną twarz zimną wodą.

Jak to możliwe? Przecież oni… oni są zupełnie inaczej zbudowani. Osobniki męskie nie mają penisów, o czym zresztą dopiero co się naocznie przekonałem. Ich seks, z tego co opowiadał mi sam Bryt, to nie tylko zbliżenie fizyczne ale również więź powstające przez odbieranie bodźców specyficznych dla ich rasy, kolorów i kształtów części ciała, emanacji psychicznych…Co ona mogła mu dać? Co on mógł dać jej?!

Pokręciłem głową rozchlapując wokół kropelki wody. Mój przyjaciel… mój najlepszy przyjaciel. Przedkładałem go ponad wszystkich innych. Gość w moim domu, w moim kraju. Na mojej planecie, kurwa! Tak mnie zdradzić… I Marta też…

Mówią, że nie warto ufać człowiekowi, bo prędzej czy później cię wystawi, zaskoczy. Zdradzi. Ufokowi jak widać również.

Palce spazmatycznie zaciskają się na rękojeści kuchennego noża gdy pokonuję kolejne stopnie…