Madame

Ocena: 
8
Average: 8 (2 votes)

Uciekaj.

„Uciekaj skoro świt”, waliło jej w skroniach. Uciekać? Dokąd? Nie, to pewnie tylko piosenka zasłyszana poprzedniego wieczora. Była tu, gdzie bywała od lat. Tu, gdzie chciała być. Pośród krzewów i drzew Skaryszewskiego Parku. Tu, gdzie już wkrótce miał pojawić się jej Horacio.

 

Nazywała go Horaciem, choć nie tak brzmiało jego prawdziwe imię. Był dla niej skarbem, księciem, sługą i panem, tak jak ona była dla niego ptakiem i kwiatem, zabłąkaną nimfą. A może jej się to tylko śniło? Tyle ładnych rzeczy już jej dał. Powietrze pachniało dziś nadzieją i dzikimi jabłonkami. Tak, przyjdzie tu wkrótce, ten jej Horacio. Powie mu w końcu, jak jest dla niej ważny, jak prawdziwy. Tak, dziś wyzna mu miłość.

 

Życie to szczęście, wiedziała o tym. Szczęście oddechu, ciepłego wiatru, śmiechu dzieci. Szczęście płynące z zieleni czereśni, szarości trawy, czerwieni nadwarszawskiego nieba. Albo odwrotnie, może coś pomyliła. I te uśmiechające się do niej Matki Boskie, z ciekawością wyglądające zza rogu, gdy zbliżała się do staropraskich podwórek. I marzenia. Bo czymże byłoby to życie, gdyby nie iluzje, pragnienia, ułudy? Gdyby nie maski, które przywdziewano na co dzień?

 

A może dziś nie przyjdzie? Pochmurno nieco i może padać. Przecież się nie umawiali. A niech tam! Miała dużo czasu. „Kwa, kwa!”, wołał kaczor na Kamionkowskim Jeziorze, jakby chciał powiedzieć: „Czekaj, czekaj!”.

 

Przyszedł.

Stąpał niepewnie parkową alejką z właściwym sobie zamyśleniem, z półuśmiechem na ustach i plecakiem niedbale przewieszonym przez ramię. Horacio.

Zatrzymał się przy niej, zakasłał. „Ale on nieśmiały”, pomyślała i zakaszlała do wtóru. 

– Przyszedłeś?

– Jak co dzień. – Uśmiechnął się ładnie i zaczął szukać czegoś w kieszeni.

– Przyniosłeś mi coś?

– Jak zawsze.

– Horacio...

Roześmiał się głośno.

– Stasiek jestem. Mówiłem ci. – A po chwili dodał: – Zresztą, jeśli tak wolisz...

– Stasiu, ja cię kocham. – Odważyła się! Nareszcie. Po kilku tygodniach ukradkowych spojrzeń, uśmiechów, mrugnięć i niedopowiedzeń.

– Co?

– Kocham cię! Je t’aime!

– To jakaś pomyłka. Nie wygłupiaj się!

Niewiele myśląc, padła mu w objęcia. Te włosy, zarost, szczupłe ramiona... Odepchnął ją.

– Odczep się, ty... ty... kloszardko! – Jak to? Myślałam... – Muszę iść – mruknął, otrzepując się z obrzydzeniem.

Na rozwidleniu alejek odwrócił się jeszcze. Bardziej ze strachu niż z troski. Nie, nie goniła go.

– Już nie przyjdziesz – bardziej stwierdziła niż zapytała.

A on nie mógł odpowiedzieć, bo i nie słyszał z tej odległości. Po prostu ruszył przed siebie, najpierw powoli, potem przyspieszając kroku. Później widziała jeszcze, jak potknął się na nierównym, porozpychanym przez drzewa betonie, a w końcu zniknął jej z oczu.

Przecież mówili, że będzie wstyd. Piosenka mówiła. A ona jak ta głupia, ślepa... imbécile! Wścibskie łzy zalewały twarz, zaglądały pod kraciastą koszulę, chciały wtargnąć za pasek filcowej, podartej spódnicy. Lubieżne i natrętne. Popchnęła przed siebie dziecięcy wózek i ruszyła w stronę Targowej. Wózek był ciężki. Nic dziwnego. Wiozła w nim dziecko, którego nigdy nie było. Takie ważą najwięcej. Ciążą wyrzutami sumienia, głupotą i błędem. Śmierdzą gnijącymi płodami.

Szła i szła. Dreptała w nieczasie, w niewiedzy, w zapatrzeniu, co rusz wyciągając spod niewielkiej, brudnej kołderki buteleczkę z napisem „Czerwona wisienka”. Na Ząbkowskiej pozdrowił ją szczerbaty Karol siedzący pod sklepikiem na wystawionym na ulicę krześle. Zamachał i wyciągnął puszkę z ciepłą „Łomżą”. Pociągnęła łyka, ale nie wdawała się w rozmowę. Nie teraz. Dziś była nieszczęśliwa. A i piwo już nie to samo co kiedyś.

Kloszardka! Nazwał ją kloszardką. Ją, do której niegdyś mówiono madame! Miała być nawet nauczycielką francuskiego, ale w końcu została tylko madame. Tak wołali za nią, gdy w przedwojennej jeszcze Warszawie spacerowała tymi samymi ulicami, kręcąc pupą w czerwonej sukience. Przekrzywiając głowę w eleganckim kapeluszu. Nous allons jouer! „Bawmy się!”, wołała.

Może i skóra już nie ta, spojrzenie bardziej zmęczone, głowa częściej boli, ale wciąż była uosobieniem radości! Czerwonowłosą zwolenniczką hedonizmu. Tak, ona była taka sama, tylko świat się zmienił. Poszarzał, zmarkotniał, zidiociał. Tam, gdzie jeździły powozami damy takie jak ona, dziś śmigały hałaśliwe volva i śmierdzące fiaty.

O, a tę ulicę nazwali Aleją Solidarności. Taka długa i nijaka. Tam jest cerkiew. Przejdzie na drugą stronę, pomodli się przy świecach. Albo i przy wejściu – pewnie jej nie wpuszczą.

Ha! Wpuszczą, nie wpuszczą, wszystko jedno. Świat i tak był piękny. Nawet ten nowy świat z ryczącymi silnikami. Niech się krzywią siwe staruszki z podkowami na twarzach, niech rzucają kamieniami przeklęte bachory, niech drwią.

Dzwonią czerwone tramwaje. Trąbią samochody. Pika sygnalizacja świetlna. Pik, pik, pik? Można iść? Można, nie można... Roześmiana, czerwonowłosa osiemdziesięciolatka zderza się z rozpędzonym tramwajem. A niech tam! Dziecięcy wózeczek zostaje sam na chodniku. Kloszardka poszła grać w klasy. Raz, dwa, pięć... prosto do raju.

Odpowiedzi

Poruszające i smutne. Podoba się.