Witając gwiazdy

Ocena: 
0
Brak głosów

Gdy Bóg upadł na ziemię i skonał, cisza ogarnęła nasz lud. Zgromadziliśmy się wokół jego olbrzymiego ciała, niepewni, niedowierzający. Każdy z nas liczył, że to tylko chwilowa słabość, że Pan podniesie się za moment i jego sylwetka ponownie wzniesie się do chmur. Jednak pierś naszego przewodnika i opiekuna pozostawała nieruchoma.

Kilka następnych dni spędziliśmy w cieniu martwego ramienia. Gdy ogniska rozświetlały noce, chwilami wydawało mi się, iż obozujemy w pobliżu jakiegoś nieznanego łańcucha górskiego. Jakże pragnąłem, by ów masyw zwiastował nowe krainy i drogocenne kruszce, które wydobędziemy z jego trzewi. Jednak zmieszany z trwogą powszechny smutek, jaki zdawał się przesycać nawet gaworzenie dzieci, przypominał prawdę. W owych godzinach nikt nie wstydził się płaczu, chociaż niewielu miało odwagę, by łkaniem przyznać głośno to, co wszyscy wiedzieli.

Mieliśmy zapasy, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że głód w końcu nadejdzie. Teraz, gdy zostaliśmy sierotami, nie mogło być inaczej.

Stało się inaczej. Nie wiem, czy uczynił to z rozpaczy, czy z gniewu. Niektóre rodziny w zwierzęcym przerażeniu pożarły całą żywność, a inni zazdrośnie strzegli tego, co mieli – więc nie wykluczam, że zrobił to po prostu z głodu. Chociaż wątpię, czy ten już wówczas dawał mu się we znaki w dostatecznym stopniu, by skłonić do takiego bluźnierstwa.

Jeden z nas, nie młodzieniec ani starzec, nie głupiec ani mędrzec, podszedł do ciała naszego opiekuna i oparł na nim dłonie. Do tego czasu nie ważyliśmy się podejść tak blisko. On zaś dotknął martwego i poczuł ciepło, które nad wyraz powoli uchodziło z olbrzymich kończyn – pogładził delikatną skórę, oparł na niej czoło i zaniósł się szlochem. Po czym podniósł głowę i wgryzł się w mięso Boga.

Jak dziś pamiętam tę chwilę, nic jej nie zatrze w mojej duszy – chwila ta wycieknie ze mnie dopiero razem z życiem. Czas zatrzymuje się; nie wiem, czy zajęło to godziny, dnie, czy tygodnie. Podążamy za przykładem i kąsamy umarłego. Owa potężna skóra, która była zbroją i tarczą naszego ludu, teraz jest miękka i łatwo poddaje się zębom. Smak boskiego ciała okazuje się wspanialszy niż wszystko, czegokolwiek do tej pory próbowaliśmy. Sycące kawałki ojca napełniają nasze żołądki, a my ucztujemy dalej – śnimy tylko po to, by budzić się i dalej zagłębiać w mięśnie, próbować ścięgien i krwi słodszej od miodu. Szczękami żłobimy tunele naszego łaknienia, przebijamy wyborną tkankę płuc, wysysamy orzeźwiającą limfę. Pielgrzymka smakoszy rusza na południe, by pożreć boskie jądra i zdobyć nieśmiertelność – jestem wśród nich i choć plotka się nie potwierdza, to większość z nas dożywa później sędziwej starości. Kolejną przesadą okazuje się informacja o olśnieniu następującym po zjedzeniu oczu Pana. Chociaż nie uczestniczę w podróży w tamte strony, piję z bukłaka ciecz wodnistą – równie pożywna co reszta anatomii naszego ojca, nie okazuje się jednak kluczem do oświecenia.

Co interesujące, nikt nie umiera z przejedzenia, nikt nie tyje szpetnie. Nasze sylwetki pozostają smukłe, jędrne, zapominamy, czym są choroby. Żyjemy dwakroć dłużej, niż wcześniej, włosy nasze lśnią. Rżniemy pobudzone krwią kobiety i płodzimy kolejne pokolenia w mięsnym uniesieniu.

Jeszcze dziwniejsze to, że ekstaza stosunkowo szybko nam się nudzi i czujemy tęsknotę do spokoju. Gdy mijają resztki szału, zaczynamy się zadomawiać w ciele. Musimy żyć przy świetle pochodni, ale nie grozi nam głód – ani też zimno, bo chociaż serce Pana przestało bić, boskie tętnice wychładzają się powoli i miną stulecia, nim zagaśnie ich żar. Do tego zaś czasu zbudujemy piece, które przejmą ich rolę. Zaczynamy bowiem przebudowywać nasz dom – przebijamy kanał łączący płuca z przeponą, a wzdłuż kręgosłupa budujemy utwardzany trakt, by łatwiej sprowadzać do jelit wyborne kawałki języka. Rada starszych finansuje przedsięwzięcie z ceł, nałożonych na rentowny handel nerwami mózgu, a stłumienie niewielkiego buntu w śledzionie nie sprawia problemów. 

Większość plemienia nie wątpi w słuszność postępowania i istnienia rady – jest ona potrzebna, by sprawnie przeprowadzać złożone przedsięwzięcia. Jednak w jej łonie również dochodzi do tarć i gdy Jeden ogłasza, iż władza należy wyłącznie do niego, niemal nikt się nie sprzeciwia. Jeden człowiek szybciej podejmie decyzje, niż kilkunastu, myślimy. I mamy rację.

Nie wszyscy się z nami zgadzają. Poniektórzy wątpią zarówno w Jednego, jak i w sens naszego przebywania w martwym ciele. Pukamy się z politowaniem w głowy, bo żadna kraina nie zaoferuje nam takiego bogactwa. Nowy władca ukazuje potęgę swej woli, nakazując kolejne budowy. Szemrania się nasilają, ale stoimy za wodzem i pokonujemy malkontentów, marzących tylko o leniwym korzystaniu z dotychczasowych rozkoszy.

Obok ciała ryjemy kopalnie i wydobywamy rudy. Ścinamy drzewa, a gdy mamy już potrzebne komponenty, prowadzimy wzdłuż ścięgien stalowe liny, zwijające się wokół pieców. Huty wytapiają nieznane do tej pory tryby i haki, na których podwieszamy stacje z opałem. Wkuwamy się w kości Boga i choć to największy z naszych wysiłków, kruszymy je i gromadzimy przy piecach.

Władca nakazuje, my rozgrzewamy paleniska drewnem, a gdy osiągają najwyższą temperaturę, dorzucamy kości. Te żarzą się całymi dniami, aż wreszcie wzniecone przez nas płomienie docierają do ich wewnętrznego ognia – nieznane gorąco ogrzewa zbiorniki boskiej limfy i liny zaczynają się poruszać.

Ciało Boga unosi się z ziemi i rozprostowuje kończyny. Wyjemy z radości, bo wskrzesiliśmy ojca – chociaż dobrze wiemy, że nadal jest on martwy.

Klinga naszego narodu zrasta się, a jego miecz czyni spustoszenie wśród wrogów. Miażdżymy inne plemiona, które nie znają opieki Pana, i wycinamy je w pień. Czasem tylko oszczędzamy kobiety, bo same kosztowności nie dają wystarczającej satysfakcji z wojny.

Jestem generałem i nie mogę narzekać na brak niewolnic. Zazwyczaj moja rola polega na nadzorowaniu jednego z pieców – pilnuję, by sprawnie wrzucano doń kości, bowiem moja machina napędza nadgarstek z mieczem. Opuszczam posterunek tylko wtedy, gdy Jedyny nakazuje mi stłumić powstanie heretyków. Sami popadli w szaleństwo i dowodzą, że my jesteśmy obłąkani na skutek spożywania gnijącego i zepsutego ciała ojca. Część wieszamy na szubienicach wzdłuż żeber, zaś duża gromada znika – niektórzy utrzymują, że rebeliantom udało się uciec poza Boga. Ale szydzimy z tych prostaczków, bo to niemożliwe.

Wspomniałem, że mięso wydłużyło nasze żywoty, ale nie uczyniło nas nieśmiertelnymi. Jedyny umiera pewnego ranka, zwyczajnie, gdy zatrzymuje się wiekowe serce. Wybrany zostaje jego następca, który nie cieszy się już taką estymą. Ja sam odchodzę ze służby w wieku stu dwudziestu lat, by ostatnie dni spędzić w spokoju. Starego dowódcę wszyscy otaczają szacunkiem i nikt nie dybie na mnie w tej dekadzie nieustannych przewrotów. Jedyny zostaje zamordowany, a jego miejsce zajmuje rada. Radę obalają generałowie, generałów kolejna rada. Wreszcie znów rządzi Jedyny i zaprowadza ład. Panuje długo i niewielu już pamięta chwilę, gdy własną zmyślnością podnieśliśmy martwe ciało Boga. Cotygodniowe dorzucanie kości do pieców obrasta w coraz bardziej złożone i pompatyczne obrzędy. Bierze mnie pusty śmiech, gdy wspominam wojenne chwile, w czasie których moi hardzi palacze, z ciemnymi od sadzy twarzami, dokładali do palenisk przy wtórze przekleństw – dzisiaj mało kto wyobraża sobie, że można tego dokonać bez wyśpiewania dwunastu psalmów.

Dobijam dwusetnego roku życia, pochowałem wnuki w wydrążonych kościach ojca, a ludzie wokół mnie zaczynają wierzyć, że nasz Bóg nigdy nie umarł, a jeśli nawet umarł, to wstał z martwych. Miał świadomie przyjąć nas do swego ciała, zaoferować nam w darze raj. Ale ja pamiętam chwilę, gdy Bóg konał. I wiem, że niedługo sam podzielę jego los.

Kwiecień 2015