Pięćdziesiąt twarzy Kowalskiego

Ocena: 
7.66667
Average: 7.7 (3 votes)

„Chciałabym tak. Chciałabym przeżyć coś takiego. Niechby taki przystojniak, ciacho takie... niechby zabrał mnie do swojego domu i zrobił ze mną, co tylko by zechciał”.

Takie myśli błądzą w głowie Marioli, kiedy wychodzi z kina. Bo ona jak każdy marzy o miłości i pożądaniu.

Mariola oczywiście dostanie swoją miłość.

I swoje pożądanie.

Dwa tygodnie później spotka go w kawiarni. Będzie przystojny. Będzie szarmancki. Poderwie ją przy kontuarze, gdzie będzie stała niezdecydowana, zagada, pomoże wybrać ciastko i kawę ze zbyt długiego menu. Zapłaci za nią.

Nie raz i nie dwa za nią jeszcze zapłaci. To, że on nie lubi wydawać pieniędzy, Mariola zrozumie później.

To, że nie lubi wydawać pieniędzy na nią, zrozumie jeszcze trochę później, ale wtedy, w kawiarni, będzie próbował ją oczarować. Będzie jej imponował. Szczodrym gestem i błyskiem w oku, uśmiechem, oczytaniem i obyciem. Zadbanymi paznokciami i pantoflami o czystych noskach.

A potem będzie ta noc, kiedy on będzie chciał, a ona będzie mówić o ślubie. Ona pomyśli, że go przekonała, a on będzie udawał, że to świetny pomysł, i będą prowadzić tę grę, aż odejdą sprzed ołtarza, błogosławieni konkordatową ręką i połączeni węzłem małżeńskim.

Później, wypożyczoną białą limuzyną pojadą weselić się na wynajętej sali, gdzie on spije się do nieprzytomności i naubliża jej po raz pierwszy za to, że ośmieliła się zauważyć, jak łapie za tyłek swoją byłą dziewczynę.

Mariola nie zrozumie, że to był pierwszy sygnał, że to był moment, kiedy stało się zbyt późno. Podpisała swoją umowę na resztę życia.

Noc poślubna czy też raczej „konsumpcja” przesunie się na późne popołudnie, kiedy jej oblubieniec zbudzi się ze srogim kacem oznajmiającym koniec kawalerskiego żywota i początek spokojnego, ustabilizowanego życia.

Mariola szybko się nauczy, że w tym życiu zajmuje mało zaszczytne ostatnie miejsce. Daleko za złośliwym teściem i obojętną teściową, za przyjaciółmi z podwórka i – co gorsza – za kolegami z pracy. I oczywiście za koleżankami. Jakimikolwiek koleżankami.

Mariola będzie próbowała znaleźć w tym wszystkim sens, odnaleźć swoje miejsce i przypomnieć ukochanemu, że przecież są razem po to, żeby żyć razem, bawić się razem i razem znosić los.

Wtedy usłyszy pod swoim adresem kilka brzydkich słów, takich, których nigdy wcześniej od niego nie słyszała, a które wyjaśnią jej, jak bardzo się pomyliła.

Dziecko przyjdzie na świat równo dziesięć miesięcy po ślubie i zamiast spoiwem tego małżeństwa stanie się linią terminatora rozdzielającą od siebie małżonków na zawsze.

Niewyspana Mariola dowie się, że miłość i pożądanie potrafią zamienić się w zwyczajną chuć, jego chuć, którą trzeba zaspokajać dla świętego spokoju. Mąż w brutalnych słowach i jeszcze brutalniejszych czynach przypomni jej, że nie wypuszcza się z domu faceta z pełnymi jajami i pustym żołądkiem, a ta nauczka złamie serce Marioli.

Kolejne dziecko złamie w niej ducha.

Od teraz będzie się jej wydawało, że należy zupełnie do faceta którego kiedyś kochała, a który sukcesywnie rujnuje jej życie. Zaplątana w pranie, gotowanie i pieluchy doświadczy zarówno fizycznej przemocy, jak i psychicznych upokorzeń.

Wszystko w niej pęknie pod hipermarketem, kiedy pchając wózek z zakupami, ciągnąc za rękę syna i młodszą córkę, zostanie zwyzywana bez powodu przez męża i zwyczajnie oraz w przenośni opluta.

Wróci do domu, bo nie będzie miała dokąd pójść.

Będzie znosić to wszystko póki dzieci nie dorosną i nie wyprowadzą się, a ona odkryje, że wszystkie te wolne chwile między sprzątaniem a przygotowywaniem kolejnych posiłków nie są wolnością, a zniewoleniem.

Wtedy dopiero, po wielu latach, zrozumie, czym jest prawdziwa dominacja i kara, oraz jak nietrwałe są miłość i pożądanie.

I znienawidzi siebie sprzed kilkudziesięciu lat.