Pamięć wszystkich słów - Robert M. Wegner

Meekhan po raz czwarty

Hubert Stelmach


O tym, że Robert M. Wegner pisze świetnie, a Opowieści z meekhańskiego pogranicza to najlepsze, co spotkało polską fantastykę od czasów Wiedźmina, nie ma nawet co wspominać. Trzy Zajdle i dwa Sfinksy to wystarczające świadectwo. Nie ma też potrzeby martwić się, czy pisarz nie wyszedł z formy – czwartej części niczego nie brakuje i żaden fan Meekhanu nie powinien się zwieść.

Wydarzenia w Pamięci wszystkich słów dzieją się w tym samym czasie, co te z Nieba ze stali. Podczas, gdy Wozacy szykują się do wojny, w zupełnie innych częściach świata życie toczy się swoim zwykłym rytmem. Autor tym razem daje nam szansę poznać losy bohaterów, którzy zostali przemilczani w poprzedniej powieści. Złodziej Altsin z Ponkee-Laa w poszukiwaniu rozwiązania swojego „problemu” trafia na wyspę Amonerię. Mieszkają na niej Seehijczycy, znani ze swej bojowniczości, skrytości i niechęci do obcych – odnalezienie drobnej dziewczyny, którą widział tylko raz, kilka lat temu, znając jedynie imię, Aonel, nie będzie prostym zadaniem. Natomiast Deana z ludu Issaram całkowicie przez przypadek wplątuje się w burzliwą rewolucję Białego Konoweryn – królestwa położonego daleko na południe od Imperium Meekhańskiego.

W I tomie wszystko mi się spodobało: konstrukcja świata, bogata różnorodność kulturowa, system magii, barwni bohaterowie – wszyscy, co do jednego, wyraziści - oraz nieduży rozmach wydarzeń. Wegner przykłada niezwykłą wagę do szczegółów, przez co opisane przez niego kultury są dopracowane w najwyższym stopniu, co z jednej strony nadaje im autentyczności, ale z drugiej jest to pewien „ogranicznik” dla bohaterów. Pochodzenie mocno określa zachowanie postaci. U Wegnera wszyscy całkowicie podporządkowuję się swojemu dziedzictwu i podążają za tradycjami wyznaczonymi przez przodków. Nikt nie odcina się od swoich korzeni, co w sumie nie wypada zbyt prawdziwie w porównaniu z otaczającym nas światem. Być może nie powinienem kierować się przy ocenie takimi analogiami, ale fantasy, czy nie – ludzie zawsze pozostają ludźmi, nawet w literaturze.

Trochę szkoda, że magia w tym tomie została potraktowana po macoszemu. Autor nie zdecydował się na rozwinięcie którejkolwiek koncepcji i nie dodał również nic nowego. W poprzednich częściach moc była istotnym pierwiastkiem wydarzeń, a teraz zeszła niejako na dalszy plan ustępując miejsca innym zjawiskom nadprzyrodzonym.

Do tomu IV przetrwało wszystko oprócz skali. Niestety, gdy do gry włączają się bogowie i waży się byt jednego z równoległych wszechświatów moje pozytywne odczucia gdzieś ulatują. Oczywiście dalej niezwykle przyjemnie śledzi się losy Meekhańczyków opisywane przez Wegnera, ale na kolejny tom nie będę czekał z zapartym tchem. Niemniej jednak wszyscy fani epickiego fantasy powinni być bardzo zadowoleni. Dla osób, które wolały jednak bardziej kameralny charakter (tzn. bitwa w wojnie dwóch mocarstw, ale nie bitwa bogów), ze zmian na plus można wymienić brak biblijnych opisów, które często pojawiały się w dwóch poprzednich książkach.

Epilog to dobrze skomponowana klamra spinająca wszystkie dotychczasowe wydarzenia. Na końcu obie powieści znajdują wspólne pole i łatwo można się zorientować, jaką wagę dla całego świata miały wydarzenia opisane w poprzednim tomie.

Jest to również najwyższy czas na powiedzenie pewnej rzeczy wprost – koncepcja graficzna okładek Opowieści... jest zwyczajnie brzydka. Zapewne w wydawnictwie ceni się prostotę i minimalizm, jednak tak bogaty świat zasługuje na zdecydowanie barwniejsze okładki.

Podsumowując w żołnierskich słowach - Pamięć wszystkich słów to godna kontynuacja poprzednich części i z chęcią przeczytam kolejny tom, pomimo epickiego rozmachu, za którym nie przepadam.


Tytuł: Pamięć wszystkich słów
Autor: Robert M. Wegner
Cykl: Opowieści z meekhańskiego pogranicza (tom 4)
Wydawnictwo: Powergraph
Data wydania: 6 maja 2015
ISBN: 9788364384257

Odpowiedzi

Po pierwsze primo, dla mnie Wielka Trójca Polskiego Fantasy to Sapkowski (genialne opowiadania i świetny Narrenturm, a saga zaczęła wysoko, ale potem coraz bardziej upadała), Kres (absolutnie kapitalne fantasy, żaden tom nie miał u mnie mniej niż 8/10, ale całość jest tak radosna, że piekło i wciórności - pochlastać się można) i bohater recenzji Huberta - Wegner. Absolutnie wszystko mi się w jego twórczości podoba, to dla mnie jedyna godna polska odpowiedź na Eriksona i Gemmella (pod względem epickości postawiłbym go pomiędzy nimi), której to odpowiedzi GRR Martin może tylko talentu i warsztatu pozazdrościć (Tolkien też mógłby, ale że nie żyje, to się tylko w grobie wierci i kokosi).

Po drugie primo, w przeciwieństwie do Huberta wychowałem się na fantasy z okładkami Royo, Vallejo i ich naśladowców, i wcale nie powoli miałem ich już dość (serio - dam swojemu "ulubionemu" sąsiadowi cojones zardzewiałym sierpem ogolić, że liczba wydanych w Polce książek fantasy z tak barwnymi i bohaterskimi herosami idzie już nawet nie w setki, a tysiące), więc teraz cieszę się, że możemy ozdabiać okładki inaczej (tu należy się palma pierwszeństwa SuperNOWEJ i wydawanym przez nich książkom Sapkowskiego) - minimalistycznie i gustownie.

Po trzcie primo - pisałem to ja, Dziad Borowy - Nieświeć :)

W większości się zgadzamy, więc tylko wrócę do okładek ;) - wykonanie dobrej minimalistycznej okładki jest nawet trudniejsze od wykonania porządnej okładki "na bogato". Mnie w Powergraphie nie przekonuje zaprezentowana symbolika, zwłaszcza, że można mieć też sporo uwag, co do jakości skomponowania tych kilku elementów. No ale to w końcu tylko okładka, a wiadomo, czego nie można po niej oceniać ;)

Pozdrawiam,
Hubert

... i tak okładki nie widać, jak książka stoi na półce, albo się ją czyta :D