Pokłosie. Antologia opowiadań w hołdzie Stephenowi Kingowi - Kacper Kotulak, Paulina J. Król, Jarosław Turowski, Juliusz Wojciechowicz, Marek Zychla i Stefan Darda

Marek Ścieszek

Aby była jasność: jestem entuzjastą wyobraźni oraz zdolności pisarskich Stephena Kinga. Mimo, że czytelnikiem stałem się, zanim wpadło mi w ręce Miasteczko Salem, to właśnie mistrz z Maine popchnął mnie w konkretnym kierunku. Powiedział: „Książki są po to również, aby się bać tego, o czym opowiadają”. Faktycznie pozostawiłem za sobą takie, których lektura wywołała u mnie ciarki. Ich autorem był Stephen King! Nikomu innemu, oprócz niego, nigdy się to nie udało, zatem hołd oddawany powszechnie temu człowiekowi wydawał mi się czymś naturalnym, jak też nazywanie go królem współczesnej grozy. Zasłużył na to po stokroć. Cześć w postaci zbioru opowiadań będących wyrazem szacunku dla niego, uznałem za coś nad wyraz interesującego oraz godnego uwagi.

Pokłosie. Zbiór opowiadań kilku autorów, którzy zebrali się właśnie po to, aby uhonorować króla horroru. Pięciu autorów – siedem tekstów. Oj, różnych. Nie wszystkie przypadły mi do gustu. Zabawne, ale te, których lektura sprawiła mi przyjemność, najbardziej starały się upodobnić fabułą oraz stylem do patrona antologii. Inne, te które pozostawiły mnie obojętnym, równie dobrze mogłyby pojawić się w każdym innym zbiorze opowiadań grozy, pozbawionym pierwiastka Kinga. Nie były złe, wręcz przeciwnie, lecz do tej konkretnej książki jakoś mi nie przypasowały. Jednak, powiadam, to moje osobiste odczucie, do którego mam prawo jako wierny lennik Kinga i proszę przyjąć to do wiadomości, jak i ja przyjmuję, iż nie wszyscy się muszą ze mną zgadzać. Jest w tej antologii kilka tekstów, które znakomicie by się spełniły jako element innych antologii, niepoświęconych władcy grozy.

Skupię się na tych, „kingopodobnych”. W większości są świetne. I choć opowiadanie Kacpra Kotulaka pt. To nie TO nie wywołało entuzjazmu, to już Świniak Juliusza Wojciechowicza trącił we mnie właściwą strunę. Zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu opowieść o rowerze niż o krwiożerczym klaunie-fajtłapie. Może przez wzgląd na styl? Nie może, a na pewno. Świniak ma styl dojrzały, świadomy, i przymknąwszy jedno oko, mógłbym nawet w trakcie lektury pomyśleć, że autorem faktycznie jest on, a nawet On, król śmieciowisk na których władają muchy i szczury, władca miasteczek skąpanych we krwi właściciel… Nie, tego nie powiem by nie zepsuć zabawy. Frajdę sprawiło mi towarzyszenie grupce młodych ludzi z opowiadania Juliusza Wojciechowicza, odnajdywanie podobieństw do To, do Ciała. A zakończenie wprawiło w dobry humor, bowiem okazało się, że autor puścił oczko czytelnikowi i podarował mu znacznie więcej z Kinga niż ten oczekiwał.

Analogie do tekstów Kinga pojawiały się zresztą w wielu innych opowiadaniach w Pokłosiu. Nie potrzeba wielkiej wyobraźni, wystarczy znajomość twórczości pisarza z Bangor, aby w Cierniowym dworze Jarosława Turowskiego odnaleźć nawiązania do sagi o rewolwerowcu, do Talizmanu chyba przede wszystkim. Jest przecież dziewczynka i jest chora matka. Dziecko (w Talizmanie był to chłopiec, ale nie o to chodzi) musi ruszyć w drogę, by na jej końcu odnaleźć lekarstwo na chorobę rodzicielki. A czy sam Cierniowy dwór nie przypomina odrobinę czarnego domu z kontynuacji Talizmanu, w stworzeniu których to opowieści Kingowi pomógł inny znany pisarz, Peter Straub?

Kacper Kotulak, prócz To jest TO stworzył inne opowiadanie, pt. Death metal, i w nim również działał w oparciu o istniejące opowieści. Pierwszym, co przyszło mi na myśl, gdy zagłębiłem się w lekturę, była jedna z historii z Czwarta po północy (4 po północy), ta o niezwykłym polaroidzie, pamiętacie? Tutaj rolę aparatu fotograficznego przejęła gitara, ale jest równie straszno. W pewnym aspekcie obie historie są jednakowe: bohater wchodzi w posiadanie przedmiotu, który przynosi mu jedynie kłopoty, punktem wyjścia zaś jest sklep ze starociami, innymi słowy lombard. Ale gdyby wejść głębiej, w sposób w jaki przedmiot ów oddziałuje na delikwenta, przed oczyma natychmiast staje inna opowieść króla: ta o samochodzie imieniem Christine.

Opowiadania Marka Zychli oraz Pauliny J. Król nie skojarzyły mi się z Kingiem. Może to moja ułomność? Może zaćmienie pamięci? A może fakt, że wszystkich książek Stephena Kinga, niestety, nie przeczytałem jeszcze – zostało kilka do odhaczenia. Marek ma świetny styl i niezwykłą wyobraźnię, co potwierdził w obu przypadkach (Chyba, Fhabhtanna) a Paulina stworzyła interesującą i oryginalną opowieść (Status quo), ale gdybym przeczytał ich teksty w antologiach nietematycznych, czy też, inaczej jak w tym przypadku, pozbawionych znanego patrona, nawet bym nie zauważył różnicy. Moje myśli, jak i w tych trzech przypadkach, nie krążyłyby wokół Kinga.

Niemniej to bardzo udany zbiór opowiadań. Na pochwały zasługuje również nastrojowa oprawa autorstwa Darka Kocurka. Mamy wstęp autorstwa Stefana Dardy. Czego chcieć więcej? To kolejna po zbiorze Piotra Borowca, trafiona publikacja Gmorku. Strach pomyśleć, jaką drogą podąży dalsza aktywność wydawnictwa z białym kotem w logo. A że lubię się bać, o czym poinformowałem już na wstępie, czekał będę na to z krucyfiksem oraz wiankiem czosnku na podorędziu.

Tytuł: Pokłosie. Antologia opowiadań w hołdzie Stephenowi Kingowi
Autorzy: Kacper Kotulak, Paulina J. Król, Jarosław Turowski, Juliusz Wojciechowicz, Marek Zychla, wstęp Stefana Dardy
Wydawca: Wydawnictwo Gmork
Data wydania: 2015
Liczba stron: 358
ISBN: 978-83-941000-2-5

Odpowiedzi

Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona poziomem tej antologii. Teksty są dobre, chociaż „Cierniowy dwór" strasznie mnie zmęczył. W sumie chyba nic dziwnego, skoro wcześniej nie mogłam przebrnąć przez „Talizman".

... ale pamięć mam dziurawą. Opowieść o niezwykłym polaroidzie, pt. Polaroidowy pies" zawarta była w zbiorze "4 po północy", nie w "Czterech porach roku".

:)