Smoleńsk przepadł

Ocena: 
0
Brak głosów

Powili wstawał dzień. Robiło się coraz jaśniej, lecz mimo to nigdzie nie było widać wschodzącego słońca. Było mroźno.

Na okrytej białym szronem polance, leżało kilkanaście sztywnych, zastygłych w najróżniejszych pozach, ciał. Ich zakrzepła już krew szpeciła okrytą bielą ziemię. Ciemnoczerwona posoka jeszcze przed chwilą wypływała z odrąbanych głów, zasiekanych wcześniej polskich szlachciców. Teraz już zastygła, stając się tylko twardą skorupą.

Moskal pociągnął spory łyk gorzałki z miedzianej piersiówki. Na jego ramionach, które dumnie podnosił, wisiał bogato zdobiony szub. Na głowie nosił futrzany, wyszywany perłami, kołpak, który co chwila zsuwał mu się na oczy, będąc za dużym. Safianowymi butami na lamparciej skórze, co rusz kopał sztywne, zakutane w kontusze, ciała szlachciców. Każden, który jeszcze przed chwilą żył, został już dobity.

Zza kępy rokity wylazł wysoki szlachcic, podobnie odziany. Miał zgolony łeb i nosił czapkę na jednym uchu. Jedynie to i zakręcone wąsy pod nosem, mówiły, skąd tak naprawdę pochodził.

W ręku trzymał mały gąsiorek z czerwonawą cieczą. Podszedł do swego kompana i stanął po jego lewicy. Poprawił przerzucony przez plecy bandolier z arkebuzom i sapnął.

Lodowaty wiatr smagał ich twarze. Odszczepieniec odezwał się w języku moskala:

- Idzie już… - po czym mocniej okutał się w brązowy szub i pociągnął kolejny, głęboki łyk wina. Zadrżał.

- Któż, to niby idzie? – Moskal nie zrozumiał.

- Zima. Zima nadchodzi.

Rosjanin kopną na wpół zamarznięte ciało, leżące obok jego stopy, po czym odwrócił wzrok na kozaka.

- Zima? – Moskal prychnął. – Zgłupiał, waść?