Trance runners

Ocena: 
9
Average: 9 (2 votes)

- Może przeszlibyśmy do konkretów? - zapytałem wprost rosłego i tłustego rodaka, zawodowego kierowcę autobusów miejskich. Oprócz tego, że brzuch miał większy od całej sylwetki, to jeszcze lewe oko było niebieskie, a prawe zielone. Na imię miał Bartek.

- A co ty chcesz wiedzieć? – odpowiedział bez zastanowienia. - O bajce zapomnij. Jedenastka jest spokojna, ale upierdliwa, szczególnie jak masz mercedesa. Nie ma wtedy mocnych, żeby wjechać nim w Stonehouse. Zamiast tego zawija się na Toll Barr End i tyle, nie mówiąc o Abbey Road. Bez szans na wykręcenie koło szkoły. Tnie się więc prosto London Road aż do Cheylesmore.

- Miałem na myśli emigrację, co z nią? – usiłowałem zakotwiczyć temat rozmowy.

W sumie nie było sensu, bo Bartek mówił, o czym chciał. Typ gaduły. Wylewał z siebie zdania niczym wodę z wanny. Mowie towarzyszyły ruchy głowy i rąk. Bartek był jedną wielką mową. Mówiły jego usta, wszystko.

Byłem na Anglii dopiero od tygodnia, ale zdążyłem zauważyć, że wszyscy potwornie dużo gadali: Anglicy, Murzyni, starzy, młodzi. Polacy mówili szczególnie dużo.

Siła słowa jest na emigracji ogromna. Trzeba mówić, choćby o niczym. Zupełnie jak w celi więziennej, gdzie miejsce chwyta za gardło każdego, kto milczy, jakby tylko słowem, opowieścią, niestrudzonym paplaniem o byle czym dało się przelicytować pustkę, duszę, rozum, nawet własne istnienie. Mowa odpuszczała winy, koiła cierpienie i ból, nadawała sens. Kultura bycia na emigracji jest kulturą słowa. Nie przeżywania i obecności, ale przekazu, czczej gadaniny i głodnych kawałków w nadmiernej ilości.

- Trzydziestka szóstka na Little Heath nie była zła. Od Keresley cięło się prosto, czasem bez ludzi, ale im to nie przeszkadzało, bo reguły wszyscy znali. Dwadzieścia cztery po parzystej i siedemnaście po nieparzystej przy Radford z granicą błędu na cztery minuty i znów papieros albo kanapka. Więc pedał, aż do Shephearda. Można się było opalić tych fajek na czasówkach, zanim powiesili trafilogi, chociaż zdarzało się, że inspektor pisał. Ale on też wiedział, co i jak, że nie przejdzie, bo każdy przecież chciał robić swoje i iść do domu, skończyć jakoś ten cholerny dzień, napić się i zapomnieć o wszystkim. Wtedy wymyślili, że zmienią wyznanie. Obecne sięgało tylko do Birmingham, a oni chcieli wyżej, dalej i więcej, jakby w wyścigu o niebo, żeby przeskoczyć Stagecoach i Londyn, wiadomo, all about the money.

            Z dala dobiegał cichy stukot, przypominający pogłos końskich kopyt. Niósł się lekko przez cienkie ściany, niczym źle nastawiony zegar z kukułką. Dzień był słoneczny i rozświetlał pokój trzema dużymi oknami.

            Dziadek mozolnie wypełzał spod pierzyny. Wspierał się na rękach, jakby głową chciał sięgnąć obrazu nad łóżkiem, przedstawiającego sianokosy.

            Bartek podszedł do okna, bo wiedział, co się święci i lepiej było ubiec zamiary, niż pozwolić, żeby staruszek się męczył. Miał i tak za swoje przez chorobę i starość.

            - A kogo tam niesie, Bartłomieju? – spytał ochrypłym głosem, po czym sucho kaszlnął kilka razy.

            - Ano nie wiem, dziadek – odpowiedział Bartek, zasłaniając firankę. – Nie myślołech, coby wozu jeszcze kto zaprzęgał do podróży.

            - Kaj une jado, dziesiaj? Przecie sobota – rozdrabniał się zaciekawiony dziadek.

            - To stary Soboń – Bartek uspokajał, wnikliwie obserwując reakcje staruszka.

            - Aha. – Dziadek ciężko sapnął i po chwili zadumy zanurzył się z powrotem pod pierzynę. Wiedział już, co działo się na świecie i mógł wrócić do swojego chorowania, jakby czuł się w tym bezpieczniej. – Godejcie, Bartłomieju, Godejcie delej  – dodał, tonąc w poduszce.

            Bartek usiadł znów przy drewnianym stole. Podobne wyrabiał jego pradziadek Wacław, który był szanowanym konstruktorem w okolicy. Budował domy, robił meble, wymyślał urządzenia, nadając im własne, osobliwe nazwy – obsztylunek do sztycwajchy, rozejwglanca, grabsztaluga. Niektóre z urządzeń zachowały się do dziś dnia. Leżały w stodole, wyczekując powrotu swej chwały jako pamiątki.

Chatę, w której mieszkał dziadek, też postawił Wacław. Miała sto lat i trzymała się lepiej niż domy zrobione z cegły. Piec kaflowy na środku z bokami na każdą izbę, kuchnia z duchówką i żelaznymi obręczami, miska z wodą, ścierka z wyhaftowaną na niebiesko scenką rodzajową – pani, zdejmująca wiadro z żurawia do studni. Biały kredens, deski na podłodze, aloesy, grubosze i oleandry na parapetach oraz rój much pod sufitem. Wszystko to mogłem zobaczyć na zdjęciach, które Bartek rozłożył na stole.

- Najwięcej problemów było z dziewiętnastką – zaczął Bartek, zwracając się na zmianę do staruszka i do mnie. Dziadek niewiele rozumiał z tego, co opowiadał wnuk, ale lubił i umiał słuchać. To było najważniejsze. Miał ogromne uszy, które odstawały od głowy jak dwa liście kapusty. Z wiekiem rosły coraz bardziej, osiągając monstrualne rozmiary, jakby chciał nimi zagarniać coraz więcej dźwięków, szmerów, szeptów. Podobno od zawsze nasłuchiwał dokładnie i dotąd, aż wokół nie było ani jednego odgłosu, ani nawet ciszy, bo wszystko przepadało w uszach dziadka. Kleił to sobie potem w obrazy i opowieści według nikomu nieznanych praw wyobraźni, wywracając przy tym oczami. Do dziadka nie trzeba było mówić z sensem, jak tłumaczył mi Bartek. Wystarczył sam rytm. Dużo lepiej czuł się i odnajdywał wśród dźwięków niż znaczeń.

– Źle spojrzałeś na runnig board i dzień był odklepany. Pierwszy kurs tnie bez serwisu na Tile Hill i zwozisz tylko ludzi do miasta, ale potem zamieniasz się w dziewiętnaście A i musisz uważać, bo kołnierzyki aż się rwą z gazetami, żeby ci obładować dwa piętra na Westwood. Jak się pomylisz, wtedy ci z New Union już nie odpuszczą i musisz ich desantować, co nie jest wcale takie proste, gdy na zegarze świeci szósta trzydzieści. Zjadą cię z góry w raportach i gdy spóźniony w końcu odjeżdżasz z resztką na Charter Avenue, szczęśliwy, że masz najgorsze za sobą, nagle, kilka przystanków dalej, okazuje się, że wcale tam nie jedziesz, bo przy Cannon Station zmieniasz się w trzydzieści cztery, które leci nie na Charter, tylko prosto Broad Lane w kierunku Eastern. Objeżdża tylko osiedle dookoła. Nie ma mowy, żebyś wyszedł z takiego numeru żywy. Obrywasz po całości, a może być gorzej, gdy przywalą ci po przerwie cztery albo pięć kursów do Bedworth, gdy akurat sperujesz tego dnia. Po czymś takim nadajesz się już tylko do sanatorium na pół roku dla niepełnosprawnych umysłowo z priorytetem na pasy w izolatce. Teraz się pozmieniało i można mówić o małej poprawie. Dziewiątka na wieczór ze szpitala na Finham może cię uratować. Chyba że masz dwadzieścia jeden, ale mówię ci, dziadek, odpuść sobie dwadzieścia jeden w dwie strony i nie szalej, bo są lepsze miejsca na papierosa niż Willenhall albo Wood End. W piątki czy w soboty, jak już przyciśnie cię do muru, weź sobie dwunastkę do Leamington, tam przeskocz na sześćdziesiąt osiem, w Warwick cokolwiek do Stratford i wbij się do leniwej krowy, zaraz obok głównej na Tiddington na odlot do spodu.

- Barłomiejuuuu! – zawołał dziadek z czeluści pościeli.

- Co, dziadek? – zapytał Bartek, wyrwany z szalonego słowotoku.

- Dej mi garnuszek wody, bo mi oschło w gardle. Chałupa źle wywietrzona, czy jaki pieron?

Bartek nalał do pełna i podał dziadkowi do wypicia. Ten uniósł się znów na rękach, chwycił obiema dłońmi naczynie, ale zanim zdążył przechylić do ust, porozlewał wodę na pierzynę, ścianę i podłogę. Ręce trzęsły się staruszkowi jak galareta i za nic nie dało się tego powstrzymać. Bartek napełnił garnuszek jeszcze raz i pomógł opanować drżenie rąk.

Odpuściłem zupełnie zadawanie pytań Bartkowi. Cała sytuacja wydała mi się wystarczająco absurdalna, żeby bez zbędnej dociekliwości wyciągnąć własne wnioski na temat emigracji. Skupiłem się na obserwowaniu.

- Bartłomiejuuuu! – znów wrzasnął staruszek, siorbiąc wodę.

- Czego znowu wam trzeba, dziadek?

- A może un do młyna, ten Soboń, co, Bartłomieju?

- Nie, dziadek. Młynów już nie ma. Tera wszystko do skupu idzie. – Bartek wyjrzał za okno, ale nikogo nie było. Cisza, jak makiem zasiał. - Pywnie do Zarańskich – rzucił na chybił, trafił. - Cieślikowa godoła, że u Jana obraz do kapliczki w Cieklińsku zamówił.

- Aha – westchnął staruszek. Chwilę pomyślał i przepadł w pierzynie. – Godejcie dalej, Bartłomieju, godejcie.

- Kiedyś wparowałem do tej leniwej krowy – Bartek ciągnął swój wątek, siadając przy stole. - Ale nie w Stratford, tylko w Warwick. Przy barze siedział Duńczyk, sympatyczny, dobrze ubrany gość w krawacie, a ja obok niego, na spokojnie carling za carlingiem, cienkie to jak barszcz i możesz żłopać beczkami, zanim cię weźmie. No i obciąłem go parę razy, a potem już piliśmy razem, na zmianę, raz on, raz ja z rachunkiem, bo nic nie wskazywało na biesiadę, dopóki nie przekonałem się, że facet był urodzonym gawędziarzem, mówię ci, dziadek, opowieść za opowieścią, słowo po słowie, cudownie, miękko, lekko, z wyczuciem, jak ty za swoich najlepszych lat, czyściutko, bezbłędnie. I żadne tam historyjki czy żale tanich uwodzicieli nieszczęśliwych ekspedientek z nocnej zmiany w Żabce, ale pełnokrwiste opowieści z kością. Problem polegał na tym, że ni w ząb go nie rozumiałem, tego jego duńskiego języka, ale on o tym wiedział, domyślił się, w końcu krawat miał na sobie. I dałem sobie spokój, słuchałem tylko. Pamiętam do dziś ten wieczór. Piliśmy do końca, aż knajpę zamknęli, a potem każdy poszedł do diabła w swoją stronę, jak gdyby nigdy nic. Byłem wtedy na świeżo u Harry'ego Shawa, po tym, jak mnie wylali z National Express za wjazd autobusem w tyłek policjantki. Żebyście obaj wiedzieli, co ja wtedy przeszedłem. Historyjka w sam raz pod kilka dobrych koktajli w barze z Duńczykiem, ale czułem, że nie przejdzie na licytacji, więc odpuściłem, taką miał gość bajerę.

- Bartłomiejuuu! – zawołał dziadek, wykopując się z pościeli.

- No, jestem, dziadek, jestem. Cesz wody?

- A co za obraz ugadały Soboń z Janem?

- Skąd mi wiedzieć, dziadek. Świętego Wawrzyńca najprędzej, żeby na sierpień było. Ale Cieślikowa nie chce, bo woli Kostkę po Stachu z Rudy zdjąć i do Lipy przenieść, że niby kapliczka do remontu idzie – Bartek wymyślił historyjkę na poczekaniu.

Mimo słabej pamięci i bujnej wyobraźni dziadek czuł się spokojny tylko wtedy, gdy od czasu do czasu usłyszał coś o swoich. Takie dostałem wyjaśnienie od Bartka.

Staruszek przekalkulował w głowie informacje, powywracał oczami, podrapał się po brodzie i wrócił w podziemia pierzyny.

- Aha – dobiegł głos z głębin łóżka. – Godejcie Bartłomieju, godejcie. My nigdy z babko nie byli w tech Korkonoszech, a ciołem. Lubię góry, oj lubię.

Zerknąłem jeszcze raz na zdjęcia chaty, w której dziadek Bartka spędził całe swoje życie. Zdjęcie zrobione było rok temu, zanim Bartek zdecydował się sprzedać gospodarstwo razem z sadem i pięcioma hektarami ziemi. Schorowany dziadek mieszkał teraz na przedmieściach Wolverhampton, i nie mając o niczym pojęcia wysłuchiwał opowieści Bartka.

- A o kterej Jan do nos z wizyto przejdzie, Bartłomieju? – spytał jeszcze dziadek.

- No przecie siedzi tu z nami, dziadku. – Bartek wskazał na mnie.

Zapadła chwila milczenia, z której nie wiedziałem jak wybrnąć.

 – Co tak milczysz, powiedz coś – Bartek zwrócił się do mnie. – A, czekaj, o tej emigracji chciałeś pogadać, tak?

- Wiem już wszystko – pewnie odpowiedziałem.