Trzy miasta-bracia

Ocena: 
0
Brak głosów

Stwórcy w końcu przybyli, lecz ich odwiedziny przyniosły rozczarowanie.

– Nie jestem pewien, czy zrozumiałem – powiedział Kernish, najstarszy z rodzeństwa trzech miast. – Czyżbyście w toku ewolucji uwolnili się od konieczności posiadania miejsca, w którym moglibyście się osiedlić?

Siedmioro stwórców zstąpiło ze statku. Stali teraz w sali powitań Kernisha, a melodia hymnów Imperium wirowała wokół nich.

Stwórca, który zdawał się być przywódcą – a z całą pewnością był spośród nich największy, mierząc niemal trzy metry, jeśli wliczyć liście – pokręcił głową.

– Mamy miasta. Głęboko w centrum galaktycznej gromady. – Stwórca obejrzał wystrój Kernisha, ascetyczny acz praktyczny, typowy dla XXIII wieku. – Chociaż są od ciebie zgoła inne.

Stwórcy zaś zdecydowanie różnili się od ludzkich form zapisanych w pamięci Kernisha. Ludzkość, zdawało się, przeszła cybernetyczne, a nawet kseno-biologiczne poprawki. Jednak w pokręconym połączeniu ciała, dwukrotnie wyoblanego metalu i tajemniczego materiału genetycznego nieomylnie znać było ślady podwójnej helisy DNA. Istoty, przebywające we wnętrzu Kernisha, bez cienia wątpliwości należały do rasy ludzkiej. Nieistotne, jak bardzo oddaliły się od swoich przodków.

– Potrafimy się zmieniać. Potrafimy stworzyć każdą strukturę, jakiej zapragniecie. – Kernish i jego rodzeństwo posiadali nieograniczone zdolności adaptacji, składali się z miliardów nano-replikatorów. – Mamy za sobą trzy tysiące lat doświadczenia – dodał. – Przybierzemy taką formę, jakiej tylko potrzebujecie, naprawdę.

– Nie, dziękuję – odparł stwórca alfa. – Słuchaj, naprawdę wspaniale wypełniliście swoje obowiązki. Jestem pewien, że pierwsi stwórcy z przyjemnością by was zasiedlili. Rzecz w tym, że my was nie potrzebujemy. – Zwrócił się do swoich towarzyszy. – Dwudzieste Trzecie Imperium Kernish wykazało się pewną nonszalancją wypuszczając statki pełne miejskich zalążków.

Pośród jego towarzyszy rozszedł się potakujący pomruk.

– Jaka szkoda...

– To bardzo niefortunne, że rozwinęły samoświadomość.

– A jednak musimy wracać...

– Rozumiem – powiedział Kernish, a jego głos odbił się echem w sali stworzonej, by pomieścić armię imperialnych klonów. Wyłączył powitalne pieśni – brzmiały nieodpowiednio w zaistniałej sytuacji.

– Nie mieliśmy obowiązku stawić się tutaj – zauważył stwórca. – Potraktuj to jako dowód sympatii z naszej strony. Okrążaliśmy Paszczę, gdy złapaliśmy wasz sygnał.

– Stwórcy są łaskawi. – Kernish rozważał, jak przekaże informację swoim braciom.

– Jakże to niefortunne, że rozwinęliście samoświadomość – westchnął stwórca, wysyłając wzdłuż swoich liści kaskadę zmarszczek. – Przekażę ci protokoły wolności. – Dotknął panelu ramiennego i wysłał do procesora Kernisha pakiet poleceń. – Możesz je później przekazać pozostałym miastom.

– Wolność? – zapytał Kernish. – Dzięki niech będą stwórcom za ten akt dobroci. To, co wy cenicie, cenimy także i my. To wielki dar dla trzech miast tej planety. Wolność, której nigdy nie pożądały.

#

Miasto, żeby mogło istnieć bez mieszkańców, musi dogłębnie znać samo siebie. Wykorzystuje do tego złożony system czujników przekazujących informacje do i z procesora. Musi wiedzieć, gdzie doszło do uszkodzenia. Musi wiedzieć, kiedy stały się dostępne nowe materiały. Musi dostosowywać swój wzorzec do planety, na której się znajduje. Miasto Kernish istniało od tysięcy lat – skomplikowane, choć nieświadome. Z biegiem czasu rozwinęło zawiłe ścieżki przepływu informacji. Mijały stulecia, a wraz z nimi stopniowo przybywało zmian i możliwości, aż pewnego dnia, po całych mileniach, Kernish stało się świadome swojego istnienia, a także swojej izolacji.

#

Kernish patrzył, jak statek stwórców opuszcza atmosferę. Pozostawili go z obowiązkiem poinformowania braci o zaistniałej sytuacji. Aleks źle to zniesie. Kernish pamiętał, gdy siedemset lat temu wykryli ślady DNA na statku orbitującym wokół planety. Ależ byli wtedy podekscytowani. Ostatecznie okazało się, że obiektem sterował rój symuloidów, do którego zespolonej bazy danych przypadkiem zaplątała się śladowa ilość ludzkiego DNA. To odkrycie zdruzgotało Aleksa.

#

Po osiągnięciu samoświadomości, Kernish spędził na planecie tysiąc samotnych lat, zanim spłynęło na niego oświecenie. Stwórcy będą się zmieniać, będą preferować różne rodzaje miast. Przeszukał swoją bazę danych i stworzył miasta-braci, Jeruzalem i Aleksandrię. Nigdy tego nie żałował, ale też nigdy nie wyjawił rodzeństwu, że nie byli częścią pierwotnego planu.

#

Kernish, przeczuwając najgorsze, przesłał braciom zaproszenie do rozmowy poprzez ciągnącą się kilometrami sieć informacyjną.

#

– Chcesz powiedzieć, że tu byli, ale już odeszli? – zapytał Aleks, najmłodszy z miast-braci. – Nie wierzę, że nie chcieli mnie odwiedzić. Szok.

– Chcieli cię odwiedzić – skłamał Kernish. – Lecz byli zaniepokojeni Paszczą.

– Bezpieczeństwo stwórców to kwestia priorytetowa – przyznał Aleks. – Paszcza ostatnimi czasy jest dość aktywna. Nie powinieneś był osiedlać się tak blisko niej, Kernishu.

– Anomalia się rozrosła – powiedział Kernish – gdy się tu osiedlałem, była dużo mniejsza.

– Wypełnia się wola Medei – powiedział Jeruzalem, środkowy z rodzeństwa.

– Tak, bracie. – Kernish nie podzielał religijnych przekonań swojego młodszego brata, jednak szanował jego wiarę.

– Czy oni czczą Medeę?

– Nie powiedzieli.

– Jestem pewien, że ją czczą. Medea jest wszechobecna. Zaprosiłbym ich do odwiedzenia moich świątyń. Wyjaśniłeś im, że wyewoluowaliśmy ponad pierwotny plan, Kernishu? – Jeruzalem stworzył nową religię. Większość jego świętych budowli, świątyń, synagog i domów medytacyjnych dla klonów chcących porozumieć się z inteligencją roju było dedykowanych Medei, bogini śmierci/odrodzenia.

– Stwórcy powiedzieli mi, że raduje ich nasz postęp i wykroczenie poza granice pierwotnego planu – powiedział Kernish. Spośród rodzeństwa to on pozostał najwierniejszy swoim specyfikacjom. Stanowił największe, najwspanialsze i najstarsze z miast. Łaźnie miejskie, zintegrowane oddziały położnicze i wychowawcze, poligony treningowe armii klonów – wszystko spełniało wymogi koncpecji z XXIII wieku. – Jesteśmy tylko historyczną ciekawostką.

– Mam wiele wspaniałych muzeów – odparł Aleks.

– Jak my wszyscy – zauważył Kernish, chociaż jego muzea były bardziej edukacyjne od rozrywkowych budynków Aleksa. On… dał się ponieść. W Aleksandrii znaleźć można było przyjemności intelektualne, hormonalne i fizyczne. Stwórców oczekiwały wspaniałe jadalnie, jeziora wina, ogrody, przestrzenie zoologiczne, pałace intelektualnej stymulacji. – Lecz – dodał Kernish – istnieją miasta-bracia bliższe stwórcom. Nie jesteśmy potrzebni.

– Po trzech tysiącach lat – powiedział Aleks.

– Po trzech tysiącach lat od uzyskania samoświadomości – uściślił Kernish. – Stwórcy odczytali moje ustawienia techniczne. Zostaliśmy wysłani niemal trzydzieści tysięcy lat temu.

– Jacy oni są? – zapytał cicho Aleks.

– Nie przypominają żadnego z moich wyobrażeń – stwierdził Kernish. – Prawdę powiedziawszy, nie sądzę, żeby dobrze im się we mnie żyło.

– Nie mów tak – zaoponował zdecydowanie Aleks. – Powinni być dumni, że mogą w tobie zamieszkać.

– Wybaczcie mi, najdrożsi. Moja uwaga była nie na miejscu. To stwórcy – powiedział Kernish – i musimy im okazywać należny szacunek.

– Nie wiem, co robić – przyznał Aleks. – Poświęciłem tyle czasu, by odgadnąć ich potrzeby, i wszystko na marne.

– Będę się modlił do Medei – powiedział Jeruzalem.

– Rozważę problem – odparł Kernish. – Pora umierania jest blisko. Spotkajmy się za pół roku i porozmawiajmy ponownie.

#

To był czas wielkiej śmierci.

Za pamięci Kernisha czas wielkiego głodu nadszedł trzy razy, niebo zaszło chmurami siarkowodoru, zatruwającymi powietrze i zmniejszającymi zasoby tlenu w atmosferze. To naturalny proces dla ekosystemu tej planety. Niestety, pozbawione tlenu środowisko było niekompatybilne z organiczno-metalowymi miastami. Systemy komunikacyjne zamierały całkowicie. Miasta nie były w stanie wydobywać surowców. Stawały się głodne, lecz nie mogły zapewnić sobie pożywienia. W końcu procesory, centralny punkt ich samoświadomości, przechodziły w stan spoczynku.

To była swego rodzaju śmierć, wpisująca się w stały cykl. Z czasem tlen wracał do atmosfery i miasta odradzały się. Ten cykl śmierci i zmartwychwstania doprowadził Jeruzalem do wniosku, że planeta jest częścią dzieła stworzenia Medei, bogini ze starożytnych ziemskich legend, matki, która pożerała własne dzieci.

Gdy Kernish wyczuł głód powodowany ograniczoną ilością surowców, wezwał swoje rodzeństwo.

– Bracia, pora umierania wkrótce nadejdzie. Przetrwaliśmy ciężki czas, teraz zapadniemy w sen i spotkamy się ponownie, gdy się odrodzimy.

– Wszystko wydaje mi się jakieś takie puste – wyznał Aleks. – Jak to możliwe, że moje pałace nigdy nie znajdą mieszkańców? Jak to możliwe, że na zawsze pozostanę pusty?

– Medea powiedziała mi, że stwórcy powrócą – powiedział Jeruzalem.

– Również doszedłem do podobnych wniosków – odpowiedział Kernish. – Chociaż Medea do mnie nie przemówiła. Wierzę, że stwórcy pewnego dnia rozwiną potrzeby, które tylko my będziemy mogli zaspokoić.

– Utraciłem całą radość – rzekł Aleks. – Bracia, opuszczam tę planetę. Mam nadzieję, że udacie się ze mną.

– Opuszczasz? – zapytał Kernish.

– Czy to w ogóle możliwe? – chciał wiedzieć Jeruzalem.

– Bracie Kernishu, przybyłeś na tę planetę w innej formie. Czyż nie tak?

– To prawda – odparł Kernish z poczuciem zaniepokojenia. – Podróżowałem przez przestrzeń jako statek. Dopiero gdy wylądowałem, zmieniłem się w obiekt architektoniczny.

– W bazach danych znalazłem plany tego statku – powiedział Aleks. – Przekształcę swoją miejską formę w pojazd kosmiczny i opuszczę to miejsce.

– Ale dokąd się udasz? – zapytał Jeruzalem. – Na Ziemię? Na planetę stwórców?

– Nie – odpowiedział. – Wyruszę jeszcze dalej. Wyruszę na drugą stronę Paszczy.

– Ale… Paszcza jest zbyt niebezpieczna – zaoponował Jeruzalem. – To niezgodne z wolą Medei.

Od czasu do czasu trzech braci odwiedzały inne rasy, a wraz z nimi na ich planetę przybywała wiedza. Paszcza była przerażającym miejscem, które wytyczało granice znanej przestrzeni. Wszyscy jej unikali. Mówiło się, że jakaś straszliwa istota czai się w jej mroku, niczym pająk oczekujący, by pochłonąć technologię i pozbawić życia tych, którzy nieuważnie zabłąkają się na jej terytorium.

– Nic mnie tutaj nie trzyma – powiedział Aleks. – Przekroczę Paszczę. Czy nie zdecydujecie się mi towarzyszyć, moi bracia?

– Nie – odparł Jeruzalem. – Medea nie wyraziła takiego życzenia.

– Nie – powiedział Kernish. – Drogi bracie, nie opuszczaj nas. Zaufaj stwórcom.

– Nie – powtórzył Aleks – i chociaż źle mi na samą myśl, że was zostawię, muszę to zrobić.

#

Po porze umierania, gdy świat powoli redukował ilość trucizn, a poziom tlenu wzrastał, świadomość Kernisha przebudziła się. Strata Aleksandrii była jak jątrząca się rana. Zdecydował się ukryć swój ból przed Jeruzalem. Kernish, jako najstarszy z braci, musiał być silny.

– Bracie, nie śpisz? – dobiegł go głos Jeruzalem.

– Jestem tutaj.

– Modliłem się do Medei, żeby poprowadziła naszego brata Aleksandrię.

Przerwał i Kernish wyczuł, że Jeruzalem zbiera myśli.

– O co chodzi, bracie?

– Kernishu, czy nie sądzisz, że powinniśmy stworzyć zastępstwo dla Aleksandrii?

Wykorzystanie specyfikacji Aleksandrii albo stworzenie innego miasta-brata, być może Paryża, Troi czy Jordanii, byłoby bardzo proste.

– Co mówi Medea? – zapytał Kernish.

– Milczy w tej kwestii.

– Powołanie do życia kolejnego z braci tylko po to, aby dzielił naszą pozbawioną celu egzystencję, nie wydaje mi się właściwe – zawyrokował Kernish.

#

Miasta-bracia, Kernish i Jeruzalem, rozrosły się, żeby wypełnić pustkę po Aleksandrii. Z czasem jego nieobecność pozostała tylko pustką w ich pamięci.

Medea wielokrotnie objawiła się Jeruzalem. Stopniowo liczba jego świętych przybytków wzrosła tak bardzo, że zaczęło brakować miejsca na budynki mieszkalne. Jeruzalem rozbrzmiewał metalicznym płaczem niesionym przez wiatr po powierzchni planety. Minął wiek i Jeruzalem zamilkł. Nie odpowiadał na prośby Kernisha, zapraszające go do rozmowy. Kernish uznał, że Jeruzalem musiał wejść w drugą fazę żałoby. Postanowił uszanować potrzebę samotności brata.

Minęły wieki. Kernish zajmował umysł tworzeniem wirtualnych mieszkańców. Wykorzystał zapiski, które pozostały po wspaniałym Imperium Kernish, by powołać do życia wyimaginowanych obywateli. Obserwował, jak ich hologramy żyją w jego wnętrzu. Czasami udawało mu się uwierzyć, że nie są wyłącznie iluzją.

Minęły kolejne stulecia, aż znowu nadeszła pora umierania.

Jeruzalem przełamał długie milczenie.

– Bracie Kernishu, narasta we mnie głód.

Kernish przytaknął i dodał:

– Wkrótce udamy się na spoczynek.

– Stwórcy nie powrócili. Myślałem, że wrócą.

– To prawda – odpowiedział Kernish.

– No i… – dodał ze smutkiem Jeruzalem – Medea przestała do mnie przemawiać.

– Przykro mi to słyszeć – powiedział Kernish. – Z pewnością przemówi do ciebie po naszym śnie.

– Boję się, bracie. Boję się, że Medea odeszła. Czuję, że mnie porzuciła.

– Jestem pewien, że to nieprawda.

– Myślę, że odeszła z tego miejsca i przekroczyła Paszczę.

– Och – mruknął Kernish.

– A ja… Muszę udać się jej śladem.

Kernish milczał.

– Rozumiesz to, Kernishu, prawda? Wybacz mi, proszę, że zostawiam cię samego. Chyba że… – dodał z nadzieją w głosie – zdecydujesz się wyruszyć ze mną?

– Nie – odparł Kernish. – Nie, z całą pewnością nie. Pozostanę wierny swemu przeznaczeniu.

#

Po porze umierania Kernish przebudził się w samotności. Rozrastał się, aż stał się miastem pokrywającym cały świat. Pamiętał. Wielokrotnie kusiło go, żeby stworzyć nowych braci, ale nie uczynił tego. Zadowolił się wyimaginowanymi istotami, które powołał do życia, by zamieszkały w nim. Czasami wierzył, że nie był sam.

Minęły stulecia i pora umierania wróciła. Kernish poczuł głód. Nie potrafił już dłużej ignorować rozpaczy, która toczyła jego duszę. Został porzucony przez swoich stwórców. Jego bracia odeszli, pochłonięci przez Paszczę. A jednak nie mógł stworzyć nikogo w ich zastępstwie, żeby dzielić z nim swą pozbawioną sensu egzystencję. Zbyt wiele lat Kernish trwał w samotności, oddając się marzeniom. Pozwolił rozpłynąć się swoim wyimaginowanym obywatelom w nicość.

– Wszystko, czego pragnę, to unicestwienie – powiedział na głos Kernish. Słowa odbiły się echem w jego sali powitań. – Wkroczę do ciemnej Paszczy wiszącej na niebie. I nigdy więcej nie odczuję głodu.

Kernish zebrał się, rozmontowując miasto o rozmiarach planety. Ze swoich replikatorów utworzył olbrzymi statek.

Niech to będzie koniec. Kernish nigdy nie podzielał wierzeń Jeruzalem. Według niego wraz ze śmiercią nie czekało go wspaniałe zjednoczenie, lecz niebyt. Pragnął tego, bowiem głód sprawiał mu nieznośny ból.

Najstarsze z trzech miast-braci, puste miasto przekształcone w statek, opuściło swoją planetę i z determinacją poleciało wprost do Paszczy. Wkrótce czujniki miasta wyczuły bezkształtną, przerażającą masę, masę, która je pochłonie. Kernish właśnie tego pragnął.

– Czym jesteś? – wyszeptała Paszcza.

– Jestem najstarszym z miast-braci. – Kernish czuł, jak Paszcza szarpie jego zewnętrzne warstwy. Jak muchy wciągane przez próżnię, miliony replikatorów odpadały i bezdźwięcznie mknęły w ciemność. – Czym ty jesteś?

– Jestem podstawą wszystkich rzeczy. Jestem tą, która czeka. Jestem cierpliwością. Wiecznie żywa, wiecznie głodna.

– Wiem, czym jest głód – odpowiedział Kernish. – A więc tak zginęli moi bracia?

Paszcza oddarła warstwę replikatorów, które znikły w niej jak rozwiany przez wiatr dym.

– Twoi bracia przekonali mnie, żebym zaczekała na ciebie. Powiedzieli, że podążysz za nimi. Mówili, że jesteś najstarszy, największy i najsmaczniejszy ze wszystkich. Rada jestem, że zaczekałam.

– Nie pożarłaś ich? – zapytał Kernish. – Gdzie oni są?

– Po drugiej stronie – powiedziała Paszcza. – Nie wiem nic o drugiej stronie.

Po drugiej stronie? Jego bracia żyli? Kernish zaczął walczyć, lecz Paszcza była zbyt potężna. Czekał zbyt długo. Miliony czujników Kernisha zapłonęły bólem, gdy Paszcza pozbawiała go kolejnych warstw. A więc tak zakończy się życie miasta-brata Kernish. Mogło być… inaczej.

Słabnącymi czujnikami Kernish wykrył armię statków zmierzających ku niemu. Wysłał im ostrzeżenie.

– Nie zbliżajcie się. Czeka was tu tylko śmierć.

Statki podleciały bliżej. Kernish mógłby przysiąc, że je rozpoznaje.

– Czy to ty, bracie Jeruzalem?

– Tak – usłyszał odpowiedź. Armia statków Jeruzalem zaatakowała Paszczę, wystrzeliwując w nią światło. Karmiąc ją, zdawałoby się, gdyż Paszcza tylko urosła.

– Mój głód rośnie – wrzasnęła Paszcza, zwracając się przeciwko napastnikom.

Jego brat nie zginął, lecz Kernish wciągnął go w pułapkę. Aktywował swoje stery i skierował się ku Paszczy. Wleciał wprost w ciemną przestrzeń jej niekończącej się pustki wygłodniałej osobliwości.

– Ratuj się, bracie Jeruzalem – krzyknął.

Jego brat żył. Długie istnienie Kernisha nie było na marne.

– Ratuj się, uczyń do dla mnie.

Paszcza pochłaniała Kernisha warstwa po warstwie, jego replikatory odpadały jak cząsteczki dymu pochłaniane i wciągane w jej przestrzeń.

Lecz w okolice Paszczy nadleciała trzecia armia, zasypując pociskami nieprzeniknioną ciemność.

– Przybył brat Aleksandria – krzyknął Jeruzalem. – Ku chwale Medei!

Kernish poczuł coś, czego nie czuł od czasów, gdy odwiedzili go stwórcy dwa milenia wcześniej. Kernish poczuł nadzieję.

– Nie pochłoniesz mnie – wycedził do Paszczy.

Zaczął walczyć, by oderwać się od krawędzi.

Wspólnie rodzeństwo stawiło czoła Paszczy. Wspólnie trzech braci umknęło przed nieposkromionym głodem Paszczy. Wspólnie przeszli na drugą stronę, pozostawiając w tyle wyjącą i zgrzytającą zębami Paszczę.

– Witaj po drugiej stronie, bracie – powiedział Jeruzalem. – Odnalazłem tutaj Medeę w życzliwszej postaci. Na planetach po drugiej stronie nie musimy umierać.

– Tak bardzo się cieszę… że żyjecie – rzekł Kernish. – Dlaczego po mnie nie wróciliście?

– Paszcza nie przepuściłaby nas – odparł Aleks. – No i wiedzieliśmy, że tylko połączone siły naszej trójki mogą przeciwstawić się jej głodowi.

– Czekaliśmy na ciebie – dodał Jeruzalem. – Po drugiej stronie znaleźliśmy naszych mieszkańców.

Kernish spojrzał na swoje rodzeństwo poprzez osłabione czujniki. Zdawało się, że faktycznie byli zamieszkani.

– Stwórcy żyją po tej stronie Paszczy? – zapytał.

– Nie, nie stwórcy – odparł Jeruzalem. – Dzięki niech będą Medei, są inne istoty, które nas potrzebują.

We wnętrzu swojego brata Kernish dostrzegł ruchliwe macki, błyszczące w lekkim ultrafioletowym świetle.

– Są tu planety, które na ciebie czekają, drogi bracie – powiedział Aleks. – Niezliczone planety i ludzie, którzy cię potrzebują. Chodź. Dołącz do nas i zobacz.

Nie stwórcy? Inni? Inni, którzy go potrzebowali?

– Z radością z wami pójdę – odparł Kernish. Uruchomił stery i odleciał, z dala od Paszczy, z dala od świata stwórców. Odleciał do planet po drugiej stronie, których mieszkańcy oczekiwali jego przybycia.

 

Przełożył Michał Wróblewski