Somnalizbona

Autor: 
Ocena: 
8.5
Average: 8.5 (2 votes)

W tej Lizbonie, która nigdy nie istniała, idę przez Praça do Comércio, podziwiając płynne formy pałaców i galerii zbudowanych przez szalonego architekta Corneta po jego ucieczce z secesji katalońskiej w 1899 roku. Jego posąg to patetyczne monstrum z brązu, przyciągające wielu turystów, ale też stanowiące ewidentny dysonans w otaczającej je harmonijnej spójności architektonicznej. Wpatruje się nieskończenie w centrum miasta, które zaprojektował z taką miłością, prawie jakby chciał oddać hołd swojemu nowemu domowi, nadając mu wykwintny, przesadny splendor i piękno.

Oczekiwałem tutaj wąskich uliczek z wysokimi, kanciastymi budynkami. Jednak znajduję poskręcane od niechcenia esplanady, faliste wzory z pastelowego kamienia i witrażowe okna w jaskrawych kolorach. Miasto zachęca do nawiązania kontaktu, do przesunięcia dłonią po krzywiznach i mozaikach kamiennych ławek, i rozkoszowania się milionami kolorów okruchów wieczornego słońca odbijanych przez dachy ze szklanych płytek, wymyślone przez Corneta.

Ta Lizbona jest weselsza i swobodniejsza niż miasto, które znam. Żaden dyktator nigdy nie przejął tronu, nie było Salazara ani Caetano. Zamiast tego wnuki i prawnuki Dom Carlosa przekształciły swój kraj w wolny port dla uchodźców z hiszpańskich i francuskich rewolucji na początku dwudziestego wieku.

Mieszkańcy tego miasta ze snów są dla mnie niewidzialni. Nie mam też wątpliwości, że ja jestem dla nich jedynie mglistym cieniem. Tylko przypadkowy, odległy dźwięk, nieoczekiwany ruch uchwycony kątem oka podpowiada mi, że ta inna Lizbona jest zamieszkana, że ludzie tu żyją, pracują.

Moja ścieżka wiedzie w kierunku Alfamy, starożytnego serca miasta. Charakterystyczne domy z minionych dni zostały zastąpione współczesnymi monolitami biur ze szkła i stali, górującymi nad miastem i zasłaniającymi starą cytadelę, zalążek Lizbony, przed widokiem rzucanych przez siebie mrocznych cieni pieniędzy i władzy.

Czuję lekkie niezadowolenie, choć rozumiem doskonale potrzebę człowieka, aby zmieniać swoje otoczenie według własnych potrzeb i upodobań. Mimo to nadal zadziwia mnie, że najwcześniejsze dzieje Perły Tagu zostały tak doszczętnie zniszczone. Kiedyś śpiewano tutaj fado, smutne pieśni o Portugalii w okresie Nowego Państwa, dzieła Amalii Rodrigues czy Carlosa do Carmo.

Tu rezydowali także najbardziej zaciekli przeciwnicy rządu, komuniści i anarchiści, wykorzystujący swoją twórczość i inspirację do wywołania dźwięku rebelii, którzy tworzyli utwory słowne i muzykę wybrzmiewające w kraju i za granicą, inspirujące wszystkich ludzi, mieszkających blisko i daleko, edukujące, oświecające i rozsławiające odnowioną fascynację wolnością i równością.

Ta Lizbona Corneta, która nigdy nie istniała, jest cicha. Jej ulice są puste. Nie ma muzyki. I wtedy zaczynam rozumieć, że ta Lizbona niszczeje: to moralny i artystyczny atawizm, który tylko przedłuża jej istnienie, prawie pasożytnicze na ogromie ludzkiego cierpienia będącego podwaliną jej niesamowitej sztuki. Istnienie, które teraz zdegenerowało się do burżuazyjnego, błyszczącego miasteczka z taniego plastiku.

Jej ulice są puste, a mieszkańcy niewidzialni dla mnie, dla bezdusznego. Brakuje mi iskry, która ukazałaby mi ich tak, jak to miasto przesycone projektami i budowlami Antonio Gaudiego Corneta, szalonego architekta z dalekiej Katalonii, który oddał swe serce tej drugiej Lizbonie.

Wzywa mnie mój świat, drąży podświadomość, dopóki nie otworzę oczu i nie spojrzę na twarz ukochanej. Siadam i rozglądam się, odrobinę zdezorientowany. Rzadko zdarza się, że cieszy mnie widok ludzi wokół mnie, przepojonych tą iskrą, inspirowanych bolesnym cierpieniem, dzięki któremu są widzialni i coś znaczą.

– Przespałeś prawie całą podróż – mówi do mnie ukochana. Uśmiecha się, ukazując białe zęby. – Łódź jest już prawie na Praça do Comércio.

Oczami wyobraźni, przez ulotną chwilę, widzę Lizbonę Corneta, głównie jej bezduszną, dawno minioną wspaniałość. Być może jej serce nie jest już tak pełne życia, ale jej kształty i kolory pozostaną niezatarte w moim umyśle jak drugi Avalon, na zawsze.

Przełożyła Monika Olasek