Pionowa miłość

Ocena: 
0
Brak głosów

Gdyby zapytać Jean François, dlaczego poszedł na pierwszą mszę w swoim życiu, odpowiedziałby zapewne szczerze, że zrobił to tylko dlatego, żeby zaliczyć panienkę.

  Panienka była ładna, młoda, biuściasta, pobożna i bardzo nalegała. Nawet kamień by uległ.

  „Kamień jednak” - skonstatował Jean François w myślach, siorbiąc równocześnie herbatkę - „nie zostałby zawleczony po mszy do rodzinnego domu Anusi na obiadek tylko dlatego, że jej rodzice chcieliby go poznać”. Jean François wiedział, że Anusia go kochała. Ale czy naprawdę nie mogła go kochać tak nieco mniej intensywnie? Albo nieco bardziej poziomo i nieco mniej pionowo?

  Ksiądz na mszy powiedział, że Bóg kocha wszystkich. Zdaniem Jean François to musiała być taka trochę sadystyczna miłość.

  Bo gdyby Bóg naprawdę go kochał, nie skazałby go na jedzenie obiadu złożonego z ziemniaczków (przesolonych), schabowego (niedosolonego) i rosołku (dosolonego w sam raz, ale smakującego trochę jak woda, w której ktoś przypadkowo zamoczył na chwilę skrzydełko kurczaka) w towarzystwie ludzi, którzy non stop pili herbatę. Co w ogóle, u licha, Polacy mieli z tą herbatą? I czemu ona koniecznie musiała być z papierka?

- I jak ci się podoba nasza Anusia, synu? - zapytał ojciec rodziny, waląc Jean François z całej siły w ramię, kiedy tylko panie zniknęły na chwilę w kuchni, żeby przynieść (potencjalnie niejadalny) deser. - Niezła z niej będzie żona, nie?

- Je ne comprends pas - odpowiedział Jean François, mimo że doskonale rozumiał. Wbrew swojej woli, należałoby dodać.

- Nie gadasz po naszemu? Ale wódkę to chyba pijesz?

Ale zanim Jean François zdążył zaprzeczyć, grzebiąc tym samym - ku swojemu skrywanemu zadowoleniu - jakiekolwiek szanse na małżeństwo z Anusią, w pokoju zapachniało świeżo upieczonym tortem i na stół wjechał czekoladowo-karmelowy tort na bezach. Obrzydliwie słodkie szaleństwo pokryte czterema warstwami lukru, posypane kawałkami landrynek i - o ile Jean François się nie mylił - przekładane dżemem.

- Chcesz tortu, kochanie? - zapytała Anusia, sięgając równocześnie po nóż. Jean François sam już nie wiedział bardziej, co go przeraża: potworne ciasto czy czułe spojrzenia Anusi.

- Oczywiście, że chce - odburknął ojciec. - Nałóż mu spory kawałek, niech trochę przytyje, bo jest nieco chuderlawy. Nie to, co nasze chłopy ze Śląska.

  I kiedy łopatka z porcją ciasta nieubłaganie zbliżała się do jego talerza, w wystraszonym mózgu Jean François pojawiła się myśl, że jeśli istnieje niezliczona liczba wszechświatów i w każdym zdarza się wszystko, to tak naprawdę każdy jest bogaty i każdy jest biedny. Każdy jest szczęśliwy i każdy jest nieszczęśliwy. Każdy jest kochany i niekochany, popularny i niepopularny. Każdy jest milionerem-żebrakiem, nowożeńcem-kawalerem, dzieciatym-bezdzietnym, olimpijczykiem-paraolimpijczykiem i księgowym. Każdy je tort i nie je go równocześnie. Każdy ma wszystko.

  I to jest doskonale sprawiedliwe.

  I Jean François pomyślał, że Bóg naprawdę kocha ludzi, jeśli pozwala każdemu doświadczyć wszystkiego. Przez moment rozkoszował się tą myślą i czuł w sobie dziwny spokój.

  A potem spojrzał na stojące przed nim lukrowane danie i doszedł do wniosku, że wszystko pięknie, ale gdyby Bóg naprawdę go kochał, to pozwoliłby mu żyć w tym wszechświecie, w którym nie musiałby jeść tego cholernego tortu.