1939 - tak to było

Ocena: 
10
Average: 10 (1 vote)

Na pokładzie pancernika Schleswig-Holstein znajdował się cywil. Cieszył się bardzo wysokim prestiżem, został bowiem przydzielony na okręt przez samego Fuhrera. Nikt tak naprawdę nie lubił cywilnego okultysty, który odprawiał rozmaite ceremonie mające zapewnić działom celność, a szturmowcom Kriegsmarine powodzenie w walce.

Gdy pancernik rozpoczął ostrzał polskiej placówki, okultysta schował się w kabinie, by odprawiać mroczne rytuały. Załoga podejrzewała, że szaman jest Żydem i pije krew niewinnych dzieci. Pytanie skąd brał dzieci na pokładzie szkoleniowego pancernika jakoś nikomu nie przyszło do głowy.

***

Kiedy spadły pierwsze pociski nasz oddział broniący Westerplatte nie został zaskoczony. Kurtuazyjna wizyta niemieckiego pancernika od początku wydawała się podejrzana. Wszystko naokoło zaczęło wybuchać, więc odczuliśmy pewien rodzaj ulgi: nareszcie wiadomo było o co chodzi! Wstępny ostrzał nie spowodował wśród nas większych strat. Mieliśmy dość doświadczenia by chować się przed wielkokalibrowymi pociskami.

Kapelan zgromadził nas w piwnicy jednego z budynków i odprawił Mszę Świętą. W kazaniu było o patriotyzmie, odwadze i oddaniu ostatniej kropli krwi. Chłopaki krzywili się pod nosem. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że niedawno wyświęcony porucznik jest tylko teoretykiem. Podczas podniesienia hostii kapłan wyglądał, jakby z czymś się zmagał. W końcu przezwyciężył chwilową słabość i dokończył rytuału.

Później pancernik wysadził na ląd oddziały szturmowe Kriegsmarine. Nagle wojna stała się czymś namacalnym. Chwilami widzieliśmy twarze wrogów. Niejednokrotnie i oni widzieli nas.

Ostrzeliwaliśmy się, leżąc w lejach po pociskach. Stawaliśmy w oknach ocalałych budynków by puścić serię ukryci pośród ruin zabudowań. Kapelan brał udział w walce na równi z nami. Tylko w chwilach względnego spokoju można było zobaczyć go modlącego się. Wyglądał, jakby odpierał jakąś mroczną moc. Później wracał na pozycję, by zastrzelić kolejnego Niemca. Zaczynaliśmy szanować kapelana. Może i stuknięty, ale żołnierz był z niego pierwsza klasa.

Po dwóch dniach ogniowych przepychanek z niemiecką piechotą morską, jednemu z naszych puściły nerwy. Nazywał się Mosze Frimbaum. Do tej pory nikt nie zastanawiał się nad jego nazwiskiem. Mosze równie głęboko pociągał z manierki, równie kwieciście klął jak my wszyscy. Był normalnym Polakiem w wojsku. Teraz, gdy nerwy go zawiodły wyznał nam wszystkim, że jest Żydem. Że podejrzewa, że cały ten atak na Westerplatte jest tylko po to, żeby go zabić.

Niektórych to przekonało. Wszyscy znaliśmy nienawiść Hitlera do Żydów. Inni spoglądali na Moszego z politowaniem.

Dwa dni później, niemiecka kula strzaskała czaszkę nieszczęsnego Żyda. Wtedy jeden z naszych wywiesił białą płachtę z napisem: "Żyd nie żyje, odpierdolcie się!"

Nic to nie pomogło.

Dawaliśmy jakoś radę, do południa ostrzeliwani z dział pancernika, po południu atakowani przez szturmowców Kriegsmarine.

Kiedy w końcu poddaliśmy placówkę, przyjmujący kapitulację niemiecki dowódca oddał nam honory, jako wyjątkowo godnym przeciwnikom. Naszych przeżyło niewielu. Pancernik bez trudu pomieścił tak małą grupkę jeńców. Gdy nas odprowadzano pod bronią, polski kapelan starł się wzrokiem z Niemcem ubranym po cywilnemu. Zdawało się, że zaraz nadpłyną chmury i pojedynek spojrzeń przerwie uderzenie pioruna. Nic takiego się nie stało, bowiem "Raus, raus!" niemieckich żołnierzy zapędziło nas pod pokład. Wydawało mi się, że kątem oka widzę, jak niemiecki cywil chwyta się za serce i osuwa na ziemię.