Dziesięć objawów depresji

Ocena: 
3
Average: 3 (1 vote)

Stoisz na krawędzi. Nad pieprzoną przepaścią, dwadzieścia pięter nad poziomem ulicy i niewielkim tłumem gapiów ściskających zaciekle w swoich małych, tłustych łapkach najnowsze smartfony i inne fonopodobne zabawki wyposażone w funkcję nagrywania. Ostrożnie patrzysz w dół i zaczyna ci się kręcić w głowie. Jednak szybko łapiesz równowagę. To jeszcze nie odpowiedni moment. Twoje pięć minut wciąż trwa.

  Stopy ustawiasz równiutko w jednej linii. Nie masz pojęcia, czemu, ale wydaje ci się to cholernie ważne. Jedyne, co cię drażni, to dziura w skarpetce, ukazująca duży palec stopy niczym przerośniętą, zmutowaną dżdżownicę z tandetnego horroru klasy C. I swędzą cię pośladki. No oczywiście, że tak. Bo czemu miałyby nie swędzieć w tak ważnym i spektakularnym momencie twojego życia? No nic. Zaciskasz zęby i przeczekujesz najgorsze. Przecież nie pozwolisz, by miliony ludzi oglądało potem na YouTube czy innym Sadisticu, jak przed śmiercią drapiesz się po dupie.

  Tak sobie stoisz i w przypływie nagłej melancholii zaczynasz gapić się w niebo, zadając sobie niezwykle trafne, egzystencjonalne pytanie: Jak, kurwa, do tego w ogóle doszło?

  Co było pierwsze? Hm... Nie jesteś pewien, ale najprawdopodobniej wpierw wyparowała cała radość, bo przecież endorfiny w twoim organizmie spełniają niezwykle ważną, wręcz fundamentalną funkcję. Masz ich za dużo - nazywają cię ćpunem. Za mało - nabawiłeś się depresji. Ot, cała filozofia życia. Uświadamiasz sobie, że to, co kiedyś cię cieszyło, było esenscją twojego istnienia, zmieniło się w mało ważny byt życia doczesnego. Nic (a Bóg jeden świadkiem, że próbowałeś) nie było ci w stanie tego zastąpić. W końcu zaprzestałeś podejmowania kolejnych prób osiągnięcia czegokolwiek. Bo i jaki był w tym sens?             Przestało ci też zależeć. Na rodzinie. Na kumplach. Generalnie na kontaktach międzyludzkich. I na związku oczywiście też. A miałeś dziewczynę jak ta lala, niczym bogini z okładki popularnego czasopisma dla nieco starszych przedstawicieli płci męskiej. Ale tak naprawdę to ona olała cię pierwsza. Wozi się teraz z jakimś dupkiem o większym „levelu” i szerszym wachlarzu „skillów” (jak raczyła ci to oświadczyć w jednym SMSie, tak byś to dobrze zrozumiał). Było ci trochę żal, ale przecież nie tak, by się z tego powodu od razu zabijać...

  W końcu zamknąłeś się w czterech ścianach własnego pokoju. Ba! Nawet rolet nie podnosiłeś. Półmrok dawał ci ułudę jakieś fałszywej przestrzeni. Mamił nutką tajemniczości, obietnicą mrocznej, zakazanej przygody, choć tak naprawdę zdawałeś sobie sprawę, że na wyciągnięcie ręki wisi jedynie wyblakły plakat z wizerunkiem mistrzowsko "wyfotoszopowanej" panienki.

  Paradoksalnie, wraz z ciemnością nadszedł brak snu. Noce i dnie scalające się w jedną bezkształtną czasoprzestrzeń wypełnioną torturami w postaci natłoku niekontrolowanych myśli i zmęczenia. A gdy do tego doszły bóle każdej części ciała i brak apetytu (z którego do niedawna jeszcze czerpałeś znikomą, bo znikomą, ale przyjemność), życie przestało cię obchodzić zupełnie.

  Pytasz, czy towarzyszy temu strach? Głupie pytanie... Oczywiście. Przychodzi zawsze, gdy się tego nie spodziewasz. Myślisz, że już może, coś... że jakaś malutka niteczka nadziei smyra cię po nosku, a tu nagle buch! Prawy sierp i kopniak poniżej pasa. Po czymś takim zamykasz się w sobie, chowasz pod kołdrą, z której starannie zbudowałeś twardy, niemal chitynowy kokon i uważasz, by przypadkiem nie wyściubić się odrobinkę poza krawędź łóżka, bo wiesz, że to będzie oznaczać twój niechybny koniec.

  Aż ostatecznie zdajesz sobie sprawę, że jesteś nikim. Nie potrafiącym normalnie funkcjonować w społeczeństwie no-lifem. Niczym specjalnym się nie wyróżniasz, a i w swojej klasie zajmujesz przeznaczoną dla wyrzutków niszę, w której egzystujesz sobie bezmyślnie niczym jednokomórkowy pantofelek. A i od niego jesteś gorszy, bo on przynajmniej ma jakiś pierwotny instynkt samozachowawczy nakazujący mu ciągłość życia. Ty tej potrzeby nie odczuwasz. I nagle przestajesz się bać. Bo niby z jakiej racji potwory spod łóżka miałyby czyhać właśnie na twoją osobę? Nie zostało z ciebie nic poza żylastą skórą i workiem kości, na których nie ugotowałbyś nawet zupy. Duszy też nie masz jakoś specjalnie czystej czy niewinnej. Tak więc, kierując się tym tokiem rozumowania, zrzucasz z siebie kołdrę i stajesz na dachu własnego bloku mieszkalnego.

  Tak oto znajdujemy się w punkcie wyjścia. Jeszcze szybki rachunek sumienia, bo (a nuż!) czeka gdzieś tam w szeroko pojętych zaświatach jakiś mściwy, acz równie miłosierny byt niematerialny, mający zadecydować o twoim dalszym losie. Uf! Trochę tego było...

  Dobra, gotowy? Już? Tak? To do dzieła! Na trzy-czte...

  I nagle wyłania się obok jakaś twarz. Dziwnie znajoma mordka, ale nie potrafisz jej przypisać imienia. Jedynie nick, świadczący o życiu w innej rzeczywistości, w której sam jeszcze nie tak dawno prowadziłeś pełną przygód i ekscesów egzystencję. Usta jegomościa zabawnie się otwierają i zamykają, rozbryzgując śliną na boki. Chyba coś mówi... Nie, krzyczy. Zdecydowanie krzyczy.

  – Stary, co ty odpierdalasz?! Internet włączyli! Idziesz kończyć tego questa czy nie, świrze?!

  Z początku nie rozumiesz. Ot, jakieś tam dźwięki kierowane w twoją stronę. Jednak mózg pokornie przetwarza dane i zmienia je w czytelną informację. Na twojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. I nagle otaczający cię świat nabiera nowych kolorów, a ciebie ogarnia nieokiełznana chęć życia. Może jednak nie jest tak do bani, jak sobie myślałeś?