Złodzieje

Ocena: 
0
Brak głosów

Nasz okręt był małych rozmiarów. Rzekłbym nawet, że bardzo małych. A konkretnie wielkości dziesięcioosobowej szalupy, którą był.

Na szczycie gołego, drewnianego masztu, który mieścił się po środku, łopotała na wietrze czarna bandera z wymalowaną po środku białą czaszką.

Ja, jako kapitan piracki, siedziałem na dziobie i patrzyłem na moich dwóch wiosłujących sługusów i na trzeciego, który na drugim końcu szalupy, przepraszam – naszym pirackim okręci, z kompasem i podartą mapą w dłoni, nawiguje nas.

Po środku leżały skarby, które zdołaliśmy jeszcze uratować z naszego tonącego, poprzedniego statku. Było tu kilkanaście kilogramów kruszcu o barwie złotej, srebrnej i o kształcie pucharów, talerzy i płaskich, okrągłych, błyszczących blaszek. Leżało tam także kilka pustych, kilka pełnych butelek grogu i malagi. Mimo, że tego wszystkiego niewiele, to można już było nazwać małą fortuną.

Cisza. Nagle z gardła naszego nawigatora, któremu brakowało bocianiego gniazda, wydobył się chrapliwy, acz donośny dźwięk, układający się w słowa:

- Statek na horyzoncie!

W tym samym momencie o mało nie wypadłem za burtę, gdy nasza łódź uderzyła w coś dużego, co wydało z siebie głuche drżące buczenie.

Racja, statek – pomyślałem. – Tyle, że z horyzontem trochę przesadził, ten suczy syn…

Podnosząc się z kolan, na które upadłem, zadarłem głowę do góry. Statek jak statek. Chyba handlowy. Kotwica zarzucona. Żagle zwinięte. Z góry nie dochodził prawie żaden dźwięk. Zatarłem ręce.

- No to… Do abordażu, niedomyte łajnoroby – obwieściłem półgłosem.

Wszyscy wyszczerzyli swoje złote i żółte zęby w szerokich uśmiechach. Powiosłowaliśmy do, przeplatanej łańcuchem, liny od kotwicy, do której przywiązaliśmy cumy. Już po chwili wszyscy dzierżyli w dłoniach małe, o drewnianych trzonkach, łopaty. Jeden z nich miał nawet nóż. Tylko ja wyciągnąłem samopał i odkryłem spod płaszcza rękojeść pałasza. T y l k o rękojeść, gdyż tyle mi z niego pozostało.

Po cichutku wdarliśmy się po sztywnej linie na pokład. Pusty pokład. Gdy już wszyscy się wgramolili, przeszliśmy na dziób. Tam skumulowała się cała załoga, składająca się z około trzydziestu chłopa. Wpatrywali się w spokojną taflę wody za burtą, szukając tam niewiadomo, czego.

- Wszyscy rączki do góry, albo nafaszeruje was prochem – wycelowałem nienabitą bronią w handlowców, którzy jak na komendę spojrzeli w moją stronę. Zbili się w jeszcze ciaśniejszą kupę. Z prawej i lewej strony stanęła reszta mojej załogi, która stała i… się patrzyła.

- Przeszukaj statek, kretynie – zwróciłem się do najbliższego kompana, który od razu ruszył pod pokład.

Czekam.

Czekamy.

Czekają.

I…

Po jakiś piętnastu minutach rozległo się jakieś głośne uderzenie. Przywodziło mi ono na myśl dźwięk, który się rozniósł po całym morzu, w chwili, gdy uciekaliśmy z naszego tonącego statku, a jeden z moich kompanów potknął się i runął na mokre deski, wypuszczając z dłoni worek z resztą naszych kosztowności, który spadł na pokład, a jego wnętrze momentalnie się opróżniło. A po chwili statek był już pod wodą. Ten moczymorda, na szczęście, też.

Teraz, owy dźwięk, wywołał zapewne mój, przeszukujący pokład, człowiek, który właśnie wrócił z wyprawy łupieżczej, trzymając w dłoni jakąś szmatę.

- Przeszukałem cały – zwrócił się do mnie, wymachując w powietrzu, w jednej trzeciej, zapełnionym workiem. – I znalazłem tylko tyle. Może nawet kilograma niema. I oni nazywają się handlowcami, do cholery?!

- Dawać kosztowności – zwróciłem się do zdziwionego tłumu, wymierzając samopałem do każdego po kolei. – Dawać biżuterię, gołodupcy!

Ten z workiem, podszedł bliżej i zaczął zrywać z szyi handlowców srebrne łańcuszki i wisiorki, złote kolczyki z uszu i wielkie pierścienie z tłustych paluszków. Tego też było niewiele.

- Dobra, wystarczy – rzekłem, wycofując się powoli do tyłu. Gdy już wszyscy razem stanęliśmy przy linie od kotwicy, po kolei zaczęliśmy schodzić na naszą krypę.

Gdy tylko ostatni z nas, czyli ja, opuścił się po linie, załoga handlowca w ciągu pięciu sekund wciągnęła kotwicę i rozwinęła żagle, które od razu złapały silny wiatr.

Wszyscy się nas boją – zarechotałem, uśmiechając się do siebie.

Gdy statek był już kilkanaście jardów od nas,  d o p i e r o  zorientowałem się, CO SIĘ STAŁO.

Po środku łódki, w miejscu, gdzie wcześniej leżała nasza fortuna, nasz skarb, nasze kochane błyskotki, leżał teraz prawie pusty worek z nowym łupem. I tylko on... Zachciało mi się płakać.

Pod siedziskiem z deski dostrzegłem błysk szkła. Leżała tam butelka grogu. Chciałem pociągnąć łyk. Była pusta.

Co za…

- Złodzieje! – Wrzasnąłem, patrząc się na coraz szybciej oddalający się statek. – Złodzieje…