„Byłliby syn, zabijcież go...”

Ocena: 
0
Brak głosów

Dziewczyna jest naga. Długonoga. Przepiękna. Jej zapach daje się wyczuć z miejsca, w którym siedzi mężczyzna, na tyłach klubu, tam gdzie cień kładzie się najgęściej.

Dziewczyna przemaszerowuje przez scenę – jej biodra się kołyszą, a piersi falują, gdy przeciska się przez tłum. Jej tlenione włosy powiewają wokół twarzy przypominającej kształtem serduszko. Ma pulchne, różowe usta i ciemne oczy obramowane brokatem i tuszem do rzęs.

To właśnie oczy ujawniają, kim jest naprawdę: bezdusznym przedmiotem. Gdy światło pada pod odpowiednim kątem, widać w nich zdradziecki poblask znaczników bioluminescencyjnych.

Dziewczyna kończy występ i schodzi ze sceny. Na jej skórze perli się pot.

Mężczyzna bierze głęboki oddech, podnosi się ze swojego miejsca i rusza w stronę garderoby. Na jego drodze staje ochroniarz.

-        Goście nie włażą na zaplecze! – warczy góra naszprycowanego sterydami mięcha.

-        Żaden ze mnie gość.

Mężczyzna odrzuca połę płaszcza, pokazując odznakę i broń przy pasie. Reakcja goryla jest natychmiastowa. Wycofuje się w stronę biura menedżera.

Garderoba jest obskurna. Młode piękności płci obojga w różnych stadiach negliżu. W powietrzu zapach potu, tanich perfum i spalonych przewodów.

Mężczyzna dostrzega dziewczynę, która siedzi na krześle, przeczesując włosy grzebieniem.

W jego dłoni znajduje się pistolet; dopiero gdy wypala, mężczyzna zdaje sobie sprawę, że w ogóle wyciągnął broń. Widzi, jak dziewczyna pada na plecy, a jej klatka piersiowa zamienia się w kłąb mokrego mięsa.

Powietrze rozdzierają krzyki przerażenia. Tancerki kulą się po kątach.

-        Co to ma być, kurwa?!

Mężczyzna odwraca się i staje oko w oko z szefem klubu. Twarz menedżera blednie, gdy spostrzega pistolet i rozpoznaje trójlistną odznakę syn-bójcy.

-        Żesz w dupę...

-        No właśnie – mówi syn-bójca. – Wiedziałeś, że ta dziewczyna to syntetyk?

Paciorkowate oczka menedżera wędrują w stronę ciała dziewczyny.

-        Nie miałem pojęcia...

-        Mam nadzieję, że w sądzie będziesz lepiej kłamał – odpowiada syn-bójca. – Wykryliśmy w tej twojej norze zagrożenie biologiczne pierwszego stopnia. Idę o zakład, że jego źródłem była właśnie ta dziewczyna.

Twarz menedżera staje się biała jak papier.

-        Chryste, nie miałem pojęcia! Jak Boga kocham!...

-        Powiesz to sędziemu – odpowiada syn-bójca. – O ile uda ci się w ogóle dożyć rozprawy.

W głównej części klubu wybucha nagła wrzawa. Widzowie wrzeszczą w przerażeniu, gdy do środka wpada kompania sanitarna, chwyta szefa klubu i tancerki i siłą odholowuje towarzystwo do szpitala więziennego.

Gdy syn-bójca zostaje wreszcie sam, staje nad ciałem dziewczyny.

Przez chwilę czuje smutek, ale nie skruchę. Każdy syntetyk to przecież potencjalny inkubator zarazy. To dlatego karą za ich produkcję jest śmierć. To dlatego tacy jak on są rekrutowani i wysyłani na łowy jak charty szczute na króliki.

Wzdychając głęboko, mężczyzna odwraca w końcu wzrok. Nagle chwyta go potworny atak kaszlu. Jakby wciągnął do płuc rój żyletek. Zatacza się. W locie dostrzega swoje odbicie w lustrze. Jego twarz, surowa i zacięta jak zawsze, jest teraz blada jak ściana, a z ust purpurowymi bąblami sączy się krew.

Szlag, myśli syn-bójca.

Osuwa się na podłogę, tuż obok martwej dziewczyny.

Dorwała mnie.

Przełożyła Aga „Shee” Magnuszewska

Tekst pierwotnie opublikowany na 365tomorrows (http://365tomorrows.com/01/29/hate-the-syn/)