Blizny

Ocena: 
0
Brak głosów

            Natalie nie wiedziała, skąd się wzięli muzycy. Kiedy obudziła się po trzygodzinnej, mało rozsądnej drzemce, byli już w jej nieskazitelnym salonie z instrumentami rozłożonymi na brązowym puchowym dywanie niczym starzy znajomi ze szkoły.

            Zdezorientowały ją puste wnętrza futerałów na instrumenty. Przeszła wokół nich. Nie pytała muzyków, dlaczego się u niej znaleźli. Za dziwne uznała jedynie fakt, że nie grali. Ich instrumenty wyglądały samotnie, opierając się o zakurzony orbitrek, pustą półkę na książki, której zawartość sprzedała w pobliskiej księgarni, żeby zdobyć nieco gotówki, i stolik, któremu brakowało jednej nogi. Stojąc w wychodzących na salon drzwiach kuchni i przełykając granolę z masłem orzechowym, Natalie przyjrzała się instrumentom: jeden okazały kontrabas, jeden keyboard Casio bez podstawki, jedna gitara akustyczna z niebieskim paskiem pośrodku, która wiele już przeszła, jedna matowa trąbka basowa i wreszcie srebrny saksofon, spoczywający w dziwacznej pozycji obok mężczyzny, którego ciemne palce dusiły jego szyjkę.

            Nieco jeszcze niedowidząc po drzemce przyjrzała się muzykom, próbując przypisać ich do poszczególnych instrumentów. Nagle zdała sobie sprawę, że wszyscy byli mężczyznami – pięcioma obcymi mężczyznami w jej domu.

            Ten, który ściskał saksofon miał grube, sięgające bioder czarne dredy z koralikami i kwadratową twarz. Za nim siedział po turecku chudy mężczyzna, na którego ustach odcisnęły się dwie blizny układające się w ustnik do trąbki. Nieco okrąglejszy i bardziej zadbany gość o sylwetce wykrzywionej niczym pudło kontrabasu stał w drzwiach do gabinetu, opierając ręce o framugę, jak gdyby chciał uniemożliwić jej ucieczkę – wyjście do przedpokoju pozostawało jednak niezablokowane, nie zamierzał zatem jej uwięzić. Latynos przycupnął za fotelem z palcami zawieszonymi w powietrzu niczym nad klawiaturą fortepianu. Gitarzystę rozpoznała po kawałkach czarnej taśmy oblepiającej każdy palec. Jego kudłate brązowe włosy opadały na jedno oko.

            Po zjedzeniu wszystkich płatków stała w kuchni jeszcze tylko przez chwilę. Cały ten chaos zaczął ją denerwować, więc ukryła się w sypialni. Uchyliła drzwi i wyjrzała zza nich, przykładając ucho do drewna, jednak muzycy byli zupełnie cicho. Przez cały dzień obserwowała ich, gdy tak siedzieli, opierali się i czekali.

            Kiedy nie potrafiła już stwierdzić, jak długo ich tak obserwuje, muzycy zaczęli się poruszać, jak gdyby byli pod działaniem zaklęcia czasu, które tylko jego upłynięcie mogło złamać. Ich mięśnie drżały, gdy powoli przytomnieli. Sięgnęli po instrumenty, które zaczęły poruszać się po podłodze i wślizgnęły się w ich ramiona.

            Trzymali je tak, jak trzyma się dzieci. To ją zaintrygowało, choć miała ochotę zamknąć oczy. Nigdy tak mocno nie kochała żadnego przedmiotu. Nigdy również nie kochała tak mocno człowieka. Nigdy nie pragnęła trzymać tak w ramionach czyjegoś ciepłego ciała, a tym bardziej niczego zimnego.

            Grali, a ich ręce były klawiszami, strunami, srebrem i mosiądzem, metalem, metalem, plastikiem, metalem i drewnem. Muzyka nic jej nie przypominała, była jak biały szum, jak lód w misce płatków śniadaniowych, jak pudełko lodów zjadanych samotnie w ciemnym salonie każdego poranka, jak bycie zdominowaną przez mężczyzn, którzy cię nie widzą. Nie chciała już tego słuchać, ale gdy zatkała dłońmi uszy, wciąż słyszała rozbrzmiewające w jej głowie echo muzyki, jak gdyby jej dłonie były morskimi muszlami, w których według zapewnień rodziców mieszka cały bajkowy ocean, a tak naprawdę mieszkają tam potwory, które chcą przebić cię na wylot. Nie tak powinien brzmieć ten dom.

            W końcu przestali grać, a ją wszystko bolało od znienawidzonego hałasu, hałasu tworzonego przez mężczyzn i zabawki. Kiedy muzycy unieśli ręce znad instrumentów, ich dłonie był całkowicie zmienione. Palce stały się strunami, klawiszami na zmianę czarnymi i białymi, metalowymi zatyczkami. A potem to nie były już tylko palce – patrzyła jak struny rozciągają się w żyły, widoczne pod skórą niczym pod cienką warstwą papieru, dochodzą do oczu i wystają niczym metalowe rzęsy. Mosiężne zawory zamiast ramion, czerwony przycisk zasilania keyboardu zamiast źrenic, gruszkowaty kształt ciała kontrabasu i dziura rozciągająca się na brzuchu mężczyzny. Muzycy milczeli, ona również. Chciała, żeby zniknęli. Nie chciała, żeby odchodzili. Pragnęła podbiec i objąć któregoś z nich, wrzeszcząc „Nie! Musimy to powstrzymać!”. Jednak dalej stała w drzwiach kuchni, jak gdyby wrosła w ziemię. Zaburczało jej w brzuchu, ale nie miała ochoty na nic, co trzymała w szafkach.

            Mężczyźni nie odeszli, nie oddali jej przestrzeni, którą jej wykradli, jednak nie byli już ludźmi. Różowy promień wschodzącego słońca wpadł przez okno, a mężczyźni już nie oddychali – ich ciała tworzyły dziwne instrumenty. Podeszła do keyboardu, a potem do kontrabasu i do saksofonu o bardzo zimnej powierzchni. Uniosła go do ust i ucałowała jego chłód, przyciskając do niego wargi. Srebro smakowało jak orzeszki z cukrem i śliną. Natalie czuła się pełna.

Przełożyła Małgorzata Zeller