Zajście pod Tannenbergiem

Ocena: 
6
Average: 6 (1 vote)
Rustejko nie mógł otworzyć oczu. Powieki blokowała jakaś lepka skorupa. Palce pomogły i po krótkiej walce z dziwną substancją odniosły zwycięstwo. Wokół panowała noc. Mężczyzna przetarł całą twarz, pozbywając się resztek mazi i przeklął w duchu żmudziński los. Głowa pulsowała mu tępym bólem a wysuszone gardło rzęziło dokuczając okrutnie. Usiadł na trawie zmieszanej z błotem, opierając twarz na obolałych ramionach. W żołądku coś pęczniało i obracało się jak młyńskie żarna. Próbował przypomnieć sobie gdzie jest, jak się tu znalazł i dlaczego nic nie pamięta. W pierwszej kolejności dowiedział się ostatniego.    - Psia jej mać… Siwucha… Mateczka okrutna. Z nóg zwaliła. Psiajucha…Błądził rękoma wokół siebie, próbując znaleźć solidne oparcie. Trafił  na jakąś gałąź i przy jej pomocy podniósł się na nogi, drżące niemiłosiernie pod jego ciężarem. Spojrzał na drzewiec trzymany w dłoniach – włócznia. Ciemności nieco rozpraszał księżyc, kapiąc w swoim blasku rozległą pustą przestrzeń, usianą niewielkimi wzniesieniami. Daleko przed sobą, tuż przy rysującej się słabo ścianie lasu, Żmudzin dostrzegł drgającą, pomarańczową plamkę ognia. Powoli ruszył chwiejnym krokiem w jej stronę.    Trupy.Teren wokół niego usiany był truchłami ludzi i koni. Niedaleko miejsca, z którego wstał, zalegała sterta ciał w obszarpanych skórach, takich jaką i on - Rustejko - miał na sobie. Gdzieniegdzie, między tą ciżbą rysowała się biała tkanina z czarnym krzyżem przez środek.     Bitwa. – Dotarło po chwili do Żmudzina. – Była bitwa z Krzyżakami.    Idąc w stronę płonącego ogniska, modlił się do wszystkich znanych bóstw i świętych. – Boże prawdziwy, spraw by swoi byli. Łajmo daj dobrą nowinę. - Rustejko uciążliwie kluczył wśród doczesnych szczątków towarzyszy i wrogów. – Święty Wojciechu…        - Kogo licho prowadzi! – Usłyszał litewską gwarę. – Swój!?    Żmudzin odetchnął. - Swój! – krzyknął szybko. O bełt nie trzeba było się długo prosić.  – Wody dajcie.    - Ranny? Ej! Chłopy! Toż to Rustejko idzie!    - Co ty gadasz Wszebor! Rustejko trup. Widzieliśmy jak bohatersko padł w natarciu na Krzyżaki.    - Mówię wam! Rustejko! Ho! Ho! Tyś to?    - Ja! Pomóżcie…    Zaległa cisza. Po chwili trzech Litwinów rzuciło się w stronę ledwo stojącego Rustejki i przeniosło go w światło ogniska, gdzie delikatnie usadowiony na wygarbowanych dziczych skórach głęboko odetchnął .     - Rustejko! Czary jakieś! Tośmy przecież widzieli jak ty okrutnie bełtem chyba, dostałeś w gardło, aż krew z pyska chlusnęła i na ziemie jak długi zwaliłeś. Pokaż szyję!    Żmudzin pokazał. Oprócz brudu zalegającego na skórze ładnych parę miesięcy, nie było na niej nic więcej. Żadnych ran, nawet zadrapania. Trzech Litwinów usiadło naprzeciw swojego kumotra i czekali w napięciu. Rustejko ich znał –Wszebor, Gotort i Milejko. Pochwycił bukłak z wodą i pił łapczywie. Gdy skończył zapytał:    - Powiedzcie mi druhowie. Co się stało? Od zebrania w lasach nic nie pamiętam…Zdziwieni Litwini popatrzyli po sobie.    - Jak to nie pamiętasz? Rustejko! Toś ty największy bohater! Większy niż rycerze w blachach!     - Co?! Jak?    - Jakeśmy z lasów w końcu wyleźli i na Krzyżaki poszli, najdzielniej żeś stawał! W szale bitewnym to w lewo, to w prawo się rzucał i siekł psubratów okrutnie.     - Później natarcie poprowadziłeś – dodał Wszebor. – Rzuciłeś się z siekierą na jazdę krzyżacką i nic ci nie było! Rozgromiliśmy ich! A ty…    - A ty mistrza zakonnego żeś ukatrupił! Z konia go ściągnąłeś i włócznią do ziemi przybiłeś. Na naszych oczach! A potem krwią strasznie z ust chlusłeś i padłeś martwy na ziemię. Rustejko zdębiał.    - Zakatrupiłem mistrza Krzyżaków?    - Tak! Ale.. - Wszebor wyglądał na dosyć zmieszanego. – Ale przyszedł imć Mściwoj ze Skrzynna i powiedział, że to on ubił wielkiego Urlicha. Patrzał groźnie. Baliśmy się sprzeciwić…    Zapadała niezręczna cisza. Przerwał ją Żmudzin do tej pory siedzący w milczeniu naprzeciw Rustejki. Na imię miał Gotort.    - Jak tyś przeżył? Czarownik jesteś Rustejko! Albo święty! Przyznaj! Co pamiętasz?W głowie Żmudzina coś poczęło się rozjaśniać. Drgawki przed bitwą. Strach paraliżujący serce, mięśnie i język. Przypomniał sobie druha swego Dowmonta.  I beczkę okowitki daną im do pilnowania pod groźbą chłosty. Jednak bitwa była straszniejsza o bata. - Rustejko! Mów co żeś zrobił! Diabłu duszę sprzedał?    Wojak pamiętał opróżnianą z uporem beczułkę, zagryzaną buraczkami z chrzanem. Dużą ilość buraczków. Nic innego w obozie nie było. Szlachetni panowie zabrali całe mięsiwo. Rustejko przypomniał sobie jak ruszył do boju wymachując zajadle siekierą. Pamiętał krew i krzyki. Pamiętał jak rzucił się na jazdę i zaczął ściągać krzyżaków z koni. Pamiętał… Buraczki z siwuchą.     - Nieważne chłopy… - stęknął i potoczył się w stronę wysokiej trawy. Po chwili wrócił ocierając ręką usta. Spojrzał na zdziwionych Żmudzinów i zapytał:    - Powiedzcie mi teraz. Wygralim?