Filozof na co dzień

Ocena: 
0
Brak głosów

W piątkowy wieczór włóczymy się po mieście jak rozbitkowie  nadbrzeżem nieznanej wyspy. Gapię się na wszystko z jednakowym znudzeniem i niechęcią, ty wszędzie widzisz okazję i ręce lepią ci się w każdym sklepie. Znam ten twój łakomy wzrok, kiedy przechodzimy koło śmietników i czasem jest mi za ciebie wstyd.

            Idziemy parkiem, późnym wieczorem w listopadzie. Alejki nasycone są mrokiem, ty z najtańszym piwem w ręce prorokujesz jutrzejszego kaca i przepowiadasz kolejne dni. Jesteś czarnoksiężnikiem, kiedy idziesz aleją a lampy latarń unoszą się nad twoją głową jak ławica księżyców. Jesteś czarnoksiężnikiem ze zgrabiałymi, lepiącymi się od piwa dłońmi, zaklinającym wiatr i deszcz, psiocząc cicho pod nosem. W pubie, w skąpo oświetlonej piwnicy o czerwonych ścianach pijesz wolniej i kiedy wracam do ciebie widzę jak wisisz nad kuflem, posępny i samotny jak kat. Osuszasz dwie lunety, ocierasz wilgotne usta wierzchem dłoni i zaczynasz mówić. Słucham twojego wykładu o Caravaggio i Giottcie, słucham jak nawiązujesz do Spinozy i Kanta. Głos twój – kiedy napijesz się już wystarczająco – jest płynny i czysty, gestykulacja umiarkowana i elegancka, sądy śmiałe i elokwentne. Nie pamiętam, byś był kiedyś czysty, nie znam ciebie na odwyku, nie wiem, jaki jesteś, kiedy nie pijesz. Patrzę na rozpadliny na skórze twoich rąk, na nitki krwi wszyte głęboko w rany. Ośmielam się chwycić cię za palce. Przerywasz przemowę i zwracasz na mnie twarz spokojną i olśnioną. Tak mógłby patrzeć Budda po setkach lat medytacji, to wzrok świętego, który doznał objawienia. Twoje dłonie są szorstkie, ciężkie i ciepłe, szare oczy zupełnie niewinne. Pytam, czy potrzeba ci czegoś, czy przyjmiesz ode mnie parę podkoszulek na zimę i rękawiczki. Mówię, żebyś bardziej na siebie uważał, a ty zabierasz dłonie i zapalasz kolejnego papierosa. Twarz twoją okala dym jak oblicze świętego w kaplicy. Poczucie żalu i straty nie pozwala mi się już odezwać. Kiedy jesteś naprawdę zalany, zabieram cię do domu i pomagam wdrapać się na łóżko. Twój pies śpi na kołdrze błogo, jego łapy delikatne, złożone jak do czułej modlitwy.

            Jestem na krawędzi, mamroczesz, wpychając twarz w pożółkłą od potu poduszkę. Zabierz mnie stąd, prosisz, nie ruszając się na centymetr.

            Jakiej znowu krawędzi, pytam, podchodząc do okna, za którym rozpala się świt. Co ci się roi pod tą cholerną kopułą?

            Obroń mnie przed jutrem, łkasz pijacko, mocniej wpychając twarz w pościel. W oddali z prędkością światła wybucha nowy dzień.