Wilk morski

Ocena: 
8
Average: 8 (1 vote)

Dopalając papierosa tonąłem w oceanie obskurnych budynków, stojących na obrzeżach miasta, do których doprowadziły mnie uchodząca z dymem połowa paczki papierosów i napływające przy każdym kroku coraz to nowe słowa, za cholerę niechcące się ułożyć w chociaż najkrótsze opowiadanie, przynajmniej tandetny liryk.

Przystanąłem przy jednym z rozlatujących się budynków, skąd dochodził dudniący, odbijający się od pustych ścian głos mężczyzny, który zapewne i mnie słyszał, bo gdy tylko ucichło echo moich kroków – zamilkł. Po chwili pojawił się w oknie, niezakrytym nawet prześcieradłem. Ujrzałem jego zarośniętą twarz, przekrwione oczy, tłuste włosy i strzęp kartki, drobno zapisany, przyklejony do języka, wysuniętego niby w skupieniu.

– Ej, chłopcze. Masz jakieś drobne?

Takie właśnie słowa ułożyły mi się w głowie po rozszyfrowaniu pijackiego bełkotu.

– Mam.

– To idź do sklepu i kup mi pół litra żołądkowej. Pieniądze oddam, jak wrócisz.

Sklep znajdował się niedaleko, wróciłem po niespełna dwudziestu minutach. Odnalazłem okno bez prześcieradła (inne miały przynajmniej puste doniczki na brudnych parapetach), obok znajdowały się drzwi z dykty. Ostrożnie przekroczyłem próg. Uderzył we mnie zapach alkoholu przetrawionego, będącego w trakcie trawienia, ale z nieznanych mi przyczyn znajdującego się gdzieś na podłodze a nie w żołądku, i tego dopiero rozlewanego, lecz z pewnością nie kończącego się.

Zrobiłem krok do tyłu. Wyrzuciłem niedopałek papierosa, który kilka minut wcześniej pozostawił w paczce jeden samotny rządek, i wróciłem do środka. 

Mężczyzna siedział na podłodze w pustym pomieszczeniu. Pod tyłkiem miał brudną szmatę, przed sobą niski stoliczek a na nim w połowie pustą butelkę żołądkowej i połowę zapisanej czarnym długopisem kartki, którą zagryzał alkohol. Usiadłem obok, przyciągnąwszy sobie spod ściany kawałek jakiejś derki. Sprawnym ruchem otworzyłem butelkę w momencie, w którym Bezdomny wciskał mi do kieszeni drobniaki w takiej samej ilości i o takich samych nominałach, jakie dopiero co dałem kasjerce.

Zabujałem butelką, zrobiłem małego łyka, przesączając płyn przez zęby. Nawet kolor miał jak whisky.

Sięgnąłem po poślinioną i pogryzioną kartkę. Pierwsze akapity były w całości.

 

Najgorsze były noce. Przed telewizorem, w cichym fotelu, z nogami na ławie. Nie mogłem wtedy zmrużyć oka, zasypiałem dopiero nad ranem, gdy muza uszła z kolejnej butelki, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

Wieczorem napoczynałem nową, gdy ta pierwsza, żywa i bardzo cielesna, wracała po resztę swoich rzeczy.

– Jesteś alkoholikiem! Powinieneś się leczyć!

Ha, alkoholikiem!

Pijakiem – ot, czym byłem.