O tym, jak w prosty sposób i niewielkim sumptem uzyskać w życiu magiczny realizm

Ocena: 
8
Average: 8 (2 votes)

W środku zajęć z literatury świata Mistrz oznajmił, że powinniśmy pójść się napić.

Nie zrozumcie mnie źle, nasz wspaniały Mandaryński Mędrzec Mao nie rozpijał młodzieży – to byłoby wszak niemoralne i niezgodne z tao. Nie zaproponował nam wcale wspólnego wyjścia do pubu, gdzie tak czy inaczej zmierzaliśmy po ostatnim wykładzie, całą gromadką. Tak nawiasem mówiąc, nie jestem pewny, czy Mistrz wypił cokolwiek mocniejszego od melisy w ciągu ostatniego półwiecza, tak wiele plam wątrobowych szpeciło jego schorowane, pedagogiczne ciało. Gdybym był lekarzem, zabroniłbym mu pić w ułamku sekundy, bez żadnych prześwietleń i badania moczu, a już z pewnością bez czekania w kolejkach na jedno czy drugie. No bo gdzie mu tam do picia? Toć biedak mógłby się zabić o kant kieliszka!

A jednak fakt pozostawał faktem. Mistrz Mao Sen-Tzu oświadczył w pewnym momencie:

– Uwaga, robaczki! Kto z was nie rozumie, co to takiego realizm magiczny, ten winien jak najprędzej schlać się na umór i zobaczyć na własne oczy, co autor miał na myśli. Bo wszystko to będzie na zaliczeniu i basta!

Nie miałem zamiaru ślęczeć cały weekend nad Rushdiem czy nad innym fagasem, którego akurat przerabialiśmy. Nawet streszczenie ledwie przełknąłem, a i tak figę zrozumiałem z tych szatańskich, psia jego, wersetów. Poszedłem zatem za radą wielkiego Mistrza, albowiem starszych i mądrzejszych słuchać należy. Ruszyłem z kumplami w miasto.

Już przy pierwszym kieliszku, ledwo co usiedliśmy przy stoliku, pojawił się pierwszy z elementów, o których napomknął Mistrz – religia i spirytualizm. Ktoś rzucił jak granat sakramentalną uwagę, że wszystko to i tak nie ma sensu i dalejże, porwała nas ta eksplozja tematów wielkich i o, jakże ważkich: Bóg, sens życia, Wszechświat, kobiety… Przerobiliśmy wszystko jak należy, filozoficznie i dokumentnie, tak że ciągnęło się to przez pięć, może dziewięć następnych kolejek. Straciłem rachubę, szczerze powiedziawszy.

Dość, że kiedy spojrzałem w końcu na zegarek (usatysfakcjonowany stwierdzeniem, że Bóg i Wszechświat to w zasadzie to samo, zaś sensem życia są kobiety, chyba że sama jesteś kobietą, to wtedy nie wiadomo; chyba że jesteś lesbijką, to wtedy idem), zauważyłem kolejną cudowną cechę magicznego realizmu: zniekształcenie czasu. Gadaliśmy wszakże tylko przez pół godziny, a tu ukradkiem minęła nam już połowa nocy! Zachwycony tym doświadczeniem, spróbowałem podnieść się na nogi i momentalnie odkryłem kolejną swoistość gatunkową: mnogość perspektyw. Snując więc narrację z mojej mnogiej perspektywy pod stołem, rozglądałem się po migotliwych światłach pubu w poszukiwaniu dalszych literackich doznań. I nie uwierzycie, ale udało się! Bowiem powoli, widoki przed mymi oczami nie tylko nabrały cech fantastycznych, lecz także od widoków owych wezbrała we mnie uczuciowość i seksualne napięcie – kolejne ważne elementy układanki.

Podtoczyłem się dyskretnie do baru, walnąłem piwo na odwagę i zagadałem do jednego takiego fantastycznego widoku słowami:

– Hej! Malleńka, szyszbyś spadła s nieba?

Niestety! Anielice owe nie czytały, widać, nawet streszczeń lektur, gdyż nie zrozumiały, że rzucam w nie wielką bądź co bądź literaturą; ani-ani. Dopełniły się tym samym nawiązania do legend i folkloru: mimo że nie byłem Niemcem, żadna Wanda mnie nie chciała, a i najstraszniejszego Smoka Wawelskiego na barana nie udało mi się ocyganić. Porażka na całej linii. Wróciłem do stolika sromotnie pokonany i postanowiłem wypić jeszcze więcej, dla lepszego oświecenia, na wypadek, gdybym coś przegapił. Umiałem już co prawda na mocną tróję, ale student nie pingwin i miewa ambicje znacznie wyższych lotów…

Bladym świtem, po przebudzeniu w okolicach rynsztoka, objawiła mi się w końcu ostatnia cecha gatunku – liryczna synestezja. Moje zmysły splątały się i współodczuwały swą niedolę. Gramoląc się na nogi, smakowałem na języku zapach mokrych skarpet, dotykałem nosem głębin własnego upodlenia, zaś przed oczami falami przepływały mi wszystkie co donośniejsze dźwięki; jak iluminacje w lampie typu lava. Krótko mówiąc, byłem akademicko sponiewierany.

A jednak, co o wiele ważniejsze, wyszedłem z tej próby zwycięsko. Poznałem na własnej skórze, co to magiczny realizm. Byłem gotowy na zaliczenie!

Tydzień później patrzyłem z niedowierzaniem, jak Mistrz Mao Sen-Tzu wpisuje mi do indeksu naciąganą dwóję z plusem. Mówił, że nie zrozumiałem z jego zajęć praktycznie nic, że jestem wałkoń, co nie czyta lektur oraz idiota, który nie zrozumiałby żartu, nawet gdyby ów żart cmoknął go w czubek nosa i zatańczył kankana. Mam stawić się u niego we wrześniu, wykuty na blachę.

Teraz siedzę w pokoju i myślę, czy by nie rzucić studiów w diabły. Szczerze bowiem obawiam się, że kucia na poprawę mogę już zwyczajnie nie przeżyć.