Piękno, a życie

Ocena: 
0
Brak głosów

Jednorożec był olśniewająco piękny.

Na dobrą sprawę, ani sformułowanie ,,olśniewająco piękny”, ani żadne inne słowo nie mogą oddać aury wspaniałości, jaką roztaczało bajkowe zwierzę. Długi, mlecznobiały róg wydawał się być wykonany z pereł. Ostry i skręcony wyrastał spod tęczowej grzywy, delikatnie falującej na wietrze. Z szafirowych oczu zwierzęcia biły mądrość i duma. Istota unosiła ku górze smukły pysk, szczerząc rząd równych  zębów. Jednorożec poruszał się z gracją, niemalże płynął nad ziemią.

Nie rżał, nie rzucał się, po prostu szedł z uniesionym łbem, prowadzony przez Wasyla.

Mieszkańcy wioski zbiegali się wokół zdobywcy i jego łupu, z rozdziawionymi gębami patrzyli na to, co do tej pory stanowiło mit opowiadany w ciemną noc, przy ognisku.

O ile opowieści o jednorożcach powodowały rozmarzone westchnienia słuchaczy, o tyle teraz, kiedy ludzie zetknęli się z legendarnym cudem natury, zastygali w miejscu porażeni urodą istoty i nie mogąc oderwać od niej oczu, śledzili każdy ruch. Dzieci pozostawiały zabawę w kałuży, starcy wychodzili z domów, kobiety przestawały plotkować i narzekać na życie, pop i akatolicy stanęli na schodach cerkwi. Wszyscy chcieli zobaczyć zdobycz Wasyla.

Mężczyzna w milczeniu przeszedł z jednorożcem przez wioskę i wprowadził zwierzę do chałupy. Chłop, jak zwykle rano opuścił sioło i udał się do pobliskiego lasu szukać grzybów, borówek i miękkiej kory. Wtedy natknął się na dziwnego, dorodnego konia z rogiem pośrodku łba. Wasyl schwycił istotę za grzywę i przyprowadził do domu. Tak mniej więcej wyglądało polowanie na coś, co w bajaniach bezzębni starcy nazywali jednorożcem, kapłani diabłem, a partyjni towarzysze z dużych miast pierdolonym zabobonem.

Chłop wygonił dzieci z izby, zdezorientowanej żonie kazał przynieść misę. Pogłaskał jednorożca, chwycił za tasak i poderżnął zwierzęciu gardło. Szkarłatna krew pociekła do miski. Wasyl zamachnął się i paroma mocnymi uderzeniami odrąbał zwierzęciu łeb.

- Piękno pięknem – sapnął, wycierając zabrudzone krwią ręce o ubranie – a głód głodem. Lepij zjeść jednorużca, niż własne dziatki.

Żona przytaknęła. Tego dnia rodzina Wasyla, pierwszy raz od dwóch miesięcy, zjadła coś innego, niż trawę, korę i podpłomyki z borówkami.