Subtelność

Ocena: 
7.5
Average: 7.5 (2 votes)

            Siwiutka kobieta zażywająca relaksu na ławce przed chatą patrzyła na mnie ze spokojem. Jak zwykle moją uwagę w pierwszej kolejności przykuły jej lekko uniesione kąciki ust. Uśmiech Mona Lisy, pomyślałam. Spracowane dłonie wystające z rękawów znoszonego sweterka spoczywały na kolanach. Obok babuleńki siedział mężczyzna. Był tak mały i pokurczony, że dałabym mu co najmniej sto dwadzieścia lat. Można było odnieść wrażenie, że lada chwila się rozsypie. „Lubelskie typy” – widniało pod zdjęciem.

            Od przeprowadzki, czyli od ponad dwóch tygodni, widziałam wiekową fotografię co najmniej dwa razy dziennie. Wystarczyło wyjść z windy, otworzyć drzwi do zabudowy i przejść kilka kroków w stronę mojego nowego mieszkania, by stanąć oko w oko z sędziwą parą. Staruszkowie ze ściany mogli być pradziadkami jednego z sąsiadów. Tacy mili ludzie. Dobrze by było poznać ich potomków, pomyślałam.

            Fotografia miała swoisty magnetyzm. Szczególnie upodobałam sobie kobietę. Była piękna. Liczne zmarszczki nie psuły szlachetnych rysów, wręcz przeciwnie, nadawały twarzy wyraz powagi. Głęboko osadzone, mądre oczy patrzyły w obiektyw z zadumą, a zarazem lekkim rozbawieniem. Przyszło mi do głowy, że w każdej kobiecie, bez względu na wiek, kolor włosów i oczu, figurę czy rysy twarzy, drzemie piękno. Każda białogłowa ma urok, subtelność, nawet powiedziałabym pewne takie... dostojeństwo.

            –  Drzwi są do zamykania! – usłyszałam zza pleców, od strony windy.

            –  Słucham? – Odwróciłam się, by zobaczyć przysadzistą blondynkę.

            –  Drzwi są do zamykania! – powtórzyła, po czym zatrzasnęła prowadzące na korytarz drzwi.

            –  Witam panią – zaczęłam pogodnie. – Zdaje się, że jesteśmy sąsiadkami?

            Otworzyła usta i zamarła na chwilę, po czym zamknęła je z powrotem.

            –  Nie zamknęłam? – zapytałam. – Musiałam się zamyślić, zawsze, gdy wchodzę na korytarz, zerkam na to...

            –  Proszę zamykać drzwi!

            –  ... zdjęcie. W porządku. W zasadzie zwykle o tym pamiętam, tylko czasem...

            –  Drzwi są do zamykania!

            –  Nie musi mi pani tyle razy tego powtarzać, mówiłam, że...

            –  Proszę zamykać drzwi! – powtórzyła mimo wszystko i, donośnie stukając obcasami, ruszyła w moim kierunku.

            –  Dobrze, będę, będę – sapnęłam zniecierpliwiona i odwróciłam się do niej tyłkiem, grzebiąc nerwowo w torebce. Gdy mnie mijała, poszukiwane od kilku chwil klucze upadły z brzękiem na ziemię, a już po chwili zostały kopnięte czubkiem masywnego kozaka.

            – Proszę uważać! – zawołałam.

            – Komediantka.         

            – Wariatka!

            – Głupia franca!

            Plask! Nieczęsto bijam po twarzy, zwłaszcza kobiety, ale tym razem musiałam uczynić w pełni uzasadniony wyjątek. Blondi szybko otrząsnęła się z szoku i zacisnęła dłonie na mojej szyi.

            Zareagowałam instynktownie. Szybki koślawy cios w żołądek, który w zamyśle miał być prawym sierpowym, załatwił sprawę. Lasencja opierała się o ścianę, dysząc ciężko.

            –  Zabiję cię – wysyczała.

            –  Uważaj, bo poprawię! – ostrzegłam poważnie rozeźlona.

            Nieznajoma milczała, więc schyliłam się, by podnieść z podłogi klucze. Nim się spostrzegłam, coś ciężkiego spadło mi na plecy, a moje zęby znalazły się niebezpiecznie blisko podłogi.

            –  Ty flą... flądro – wybełkotała mi do ucha. Znów próbowała złapać mnie za szyję, ale tym razem byłam szybsza. Zrzuciłam ją z siebie, przygniotłam całym ciężarem mojego dziewięćdziesięciodziewięciokilogramowego ciała, a na koniec z całej siły ugryzłam. W gardło.

            –  Ughrrrr...

            To zabawne, pomyślałam, luzując uścisk. Byłam pewna, że ten dźwięk to tylko twór nieudolnych autorów tanich komiksów.

            –  Dziwko... przyślę do ciebie mojego Kubusia... Zobaczysz...

            Nie obchodziło mnie już, czy pomyliła mnie z dawną koleżanką z liceum, czy najzwyczajniej w świecie miała fisia. Wbiłam jej klucz w oko, a potem dźgałam na oślep, aż twarz agresorki zmieniła się w krwawą miazgę.

            No więc rozwaliłam tę sukę. Na dobre. Z właściwą sobie subtelnością.

Zapadła grobowa cisza, po czym rozległ się cichutki szmer, który zmieniał się w coraz głośniejszy charkot. Jak gdyby ktoś się... krztusił? Jeszcze raz zerknęłam na zmasakrowaną twarz wielkomiejskiej Barbie. Nie, to nie ona.

            Rechot narastał. Podniosłam głowę, by zobaczyć, że staruszek ze zdjęcia chichocze w zapamiętaniu. Trząsł się jak galareta i poruszał ustami, ale nie był w stanie wydusić ani słowa. Babcia zaczęła śmiać się chwilę po nim, ale za to głośno i szczerze. W pewnym momencie klepnęła męża w ramię:

            –  Waldorf!

            Ten, targany atakiem śmiechu, nie odpowiadał.

            –  Waldorfie! – krzyknęła głośniej, tłukąc go dłonią w tył głowy.

            –  Co? – wyjęczał.

            –  Podobał mi się ten ostatni numer.

            –  Co ci się w nim podobało?

            –  Był ostatni!