Komunikat o błędzie

  • Nie udało się utworzyć pliku.
  • Nie udało się utworzyć pliku.

Powiedzieć jej?

Ocena: 
9.5
Average: 9.5 (2 votes)

            Siedzi w bibliotece i czyta. Widzę jej rozjaśnioną delikatną poświatą magazynu twarz, tak dobrze mi znaną w najdrobniejszym nawet szczególe od wielu lat. Mruga dwukrotnie, aby przewrócić stronę czasopisma. Jego odbicie przemyka po jej twarzy. Siedzi z podwiniętymi pod siebie nogami na wygodnym fotelu z wyhodowanej laboratoryjnie skóry. Zauważa, że stoję w drzwiach i ją obserwuję. Uśmiecha się, po czym wraca do lektury. Powinienem jej powiedzieć? Nie wiem. Coraz częściej można spotkać etyczne spory na ten temat. Nawet fachowcy nie mogą dojść w tej sprawie do porozumienia. Wyniki ankiet na najczęściej przeglądanych stronach podzielone są pół na pół, choć na „Teraz Etyka!” przeważają głosy na jej korzyść.
            Dziś rano widziałem ją z dzieciakami. Śmiali się z naszych ostatnich wakacji w Austrii, kiedy to wpadła do strumyka, próbując go przeskoczyć. Powtórka nagrania z mojej kamery wyświetla się na ekranie w kuchni. Któryś z chłopców musiał się po raz setny do niej dorwać. To faktycznie jest zabawne. Przeskakuje nad wodą, ląduje na dwóch nogach, po czym zaczyna gorączkowo machać rękami, aby w końcu całkowicie stracić równowagę i wpaść do wody. Nawet ja się śmieję.
            Czy dzieciaki wiedzą? Nie. Tylko ja. I ta myśl mnie wykańcza. Nigdy nie sądziłem, że będzie mi to robiło jakąkolwiek różnicę. Ci, którzy twierdzą, że niby nic się nie zmienia – kłamią. Tak zwyczajnie być nie może. To nie jest moja żona.
            Mimo wszystko, po co mówić to komukolwiek? Chłopcy nie powinni się nigdy dowiedzieć, bo jak by to wpłynęło na ich relacje? Co da im ta informacja? Ludzie z laboratorium też nie powinni wiedzieć. Będzie dalej przewodzić grupie naukowej, tak jak wcześniej. Nie ma potrzeby. A ona? Powinienem jej powiedzieć? Sądzę, że zniosłaby to najlepiej. Z drugiej strony, myślałem też, że spokojnie sobie z tym poradzę, a jednak nie mogę oddalić od siebie tej myśli. Wciąż ją opłakuję. Nie spodziewałem się tego. Chodzę smutny, pogrążony w żałobie, w najmniej spodziewanych momentach wybucham płaczem. Gdy pyta, co mi jest, nie umiem jej powiedzieć – próbuję wymówić się stresem. Wierzy w to. W końcu już kiedyś miałem podobne napady. Tak naprawdę jestem zmartwiony: moja żona nie żyje i jest ostatnią osobą, która mogłaby mnie pocieszyć. Przynajmniej dopóki żyje w niewiedzy. Może gdybym jej powiedział, również by się opłakiwała.
            Wszystko się wydarzyło podczas wędrówki w Alpach. Dziwaczny wypadek. Ktoś nad nami strącił zbłąkany kamyczek. A chcieliśmy tylko zobaczyć ostatni lodowiec... Po prostu musiała go zobaczyć. Nie wiem dlaczego. Wbiła to sobie do głowy i tak już miało być. I nagle – skała. Głaz wielkości opony samochodowej spadał w dół, odbijając się od zbocza. Trafił ją w klatkę piersiową. Zginęła na miejscu.
            Ekipa ratunkowa przybyła w mniej niż dwadzieścia minut – wystarczająco dużo czasu. Wykonali mikro-skany mózgu, pobrali próbkę genetyczną, ściągnęli zmiany epigenetyczne i spytali, czy chciałbym otrzymać kopię. To mnie w testamencie określiła jako odpowiedzialnego za wszelkie sprawy. W sumie nie rozmawialiśmy o tym zbyt wiele. Ale nie chciałem jej tracić. I prawdę mówiąc, to miało być dla mnie i chłopców, nie dla niej. Bo co by ją to obchodziło? Była już martwa. Więc w czym problem, jeśli stworzyliśmy jej kopię? To nawet nie była ona jako osoba. Była sobą dla tych, którzy ją znali i którzy ją kochali. I tych, którzy doceniali jej zasługi dla świata.
            Gdy spytali, zgodziłem się.
            Kiedy się obudziła jako nowy twór we wszechświecie, wszczepili jej dodatkowy miesiąc wspomnień o naszej wyprawie w Alpy oraz wiarygodną historyjkę o tym, jak to zemdlała z przegrzania. I wróciliśmy do domu.
            Raz jeszcze zerka znad magazynu i pyta, czy wszystko w porządku. Do oczu napływają mi łzy – mrugam kilkakrotnie, żeby zniknęły. Wchodzę do pokoju, próbując się uśmiechać. Podchodzę do niej, siadam na ramieniu fotela i pytam, co czyta. Spoglądam w dół, oszołomiony. Próbuję złapać oddech – artykuł z Bioetyki o „Żywych Kopiach”. To właśnie z jedną z nich jestem żonaty. Podejrzewa coś? Czy czytałaby o tym z innego powodu?
            Spogląda na mnie szeroko otwartymi, zachodzącymi łzami oczami. Zwraca się do mnie z wymuszonym spokojem:
 – Już nie mogę tego wytrzymać. Pamiętasz, jak w zeszłym roku dostałeś ataku wyrostka?...

Przełożył Damian Olszewski

Tekst opublikowany na stronie 365tomorrows.com.


Odpowiedzi

Świetne!