Dieta

Ocena: 
0
Brak głosów

Gdy się obudziłam, słońce pełzało już po pokoju. Jego blask roztopił ostatni sen i zmusił mnie do rozpoczęcia porannego rytuału. Spojrzenie na zegarek, podniesienie się z łóżka, założenie kapci, wyciągnięcie wagi spod szafki.

Sama nie wiem, czemu stając na niej, przymykałam oczy. Zupełnie jakby to mogło przedłużyć chwilę nadziei, że tym razem zobaczę coś innego. Elektroniczny wyświetlacz znowu wypluł te same cyfry. Z trudem zapanowałam nad chęcią postawienia na wadze odważnika – sprawdzenia, czy aby na pewno pokazuje właściwą wartość. Wiedziałam, że się nie zepsuła. Wiedziałam, ale wciąż się łudziłam.

Tak samo jak wciąż się ważyłam. Czy wierzyłam, że moja waga zmieni się w ciągu godziny? Nie, oczywiście, że nie. Więc dlaczego sprawdzałam to kilka razy dziennie? Zamknęłam oczy, powstrzymałam łzy, wsunęłam wagę pod szafkę. To również było częścią porannego rytuału.

Wyciągnęłam z szufladki klucze i poczłapałam do pokoju na piętrze. Miałam tam wszystko: bieżnię, rower, urządzenie imitujące wchodzenie po schodach i takie, które wymaga wiosłowania jak w kajaku. Miałam wibrujące pasy i mini saunę. Jedno i drugie miało mi zagwarantować widoczne efekty już po miesiącu. Nie zagwarantowało.

Zamykałam ten pokój na klucz, tak samo jak chowałam wagę. Nie chciałam, by ktokolwiek dowiedział się, że nie mogę znieść swojego wyglądu. W towarzystwie znajomych chętnie żartowałam z tuszy. Udawałam, że mam dystans do siebie i gardzę tymi pustymi pannami owładniętymi manią odchudzania. Co innego mogłam zrobić? Nie chciałam, by kiwali głowami ze współczuciem, a potem śmiali się za moimi plecami, tak jak śmialiśmy się nieraz z dziewczyn, które zamiast dokumentów nosiły najnowszą książkę z dietami.

Nie byłam tak żałosna. A może byłam znacznie bardziej? Znałam sporo osób, które też miały problem z otyłością i mimo to sprawiały wrażenie szczęśliwych. Skąd jednak mogłam wiedzieć, że nie udają, zupełnie jak ja? Może wszyscy byliśmy do siebie podobni? Wchodziłam przecież na fora internetowe, gdzie roiło się od wpisów typu „jak się cieszę, że nie jestem jedyna”. Sama kiedyś tak pisałam.

Później przestałam, bo wcale nie chciałam być jedną z nich. Łączyło mnie z tymi ludźmi tylko to, czego najbardziej w sobie nienawidziłam. W czym ma mi niby pomóc zamieszczanie postów oznaczonych smutnymi emoticonami? Wolałam wziąć się za siebie i walczyć. Ćwiczyłam więc codziennie w pokoju, gdzie wszystkie ściany wyklejone były zdjęciami pięknych kobiet prężących smukłe ciała.

Niektórzy mówią, że takich kobiet nie ma, że to tylko fantazja komputerowych grafików. Dlaczego w takim razie widzę je codziennie na ulicach? Nie jestem dzieckiem i wcale nie marzę o tym, by być postacią z filmu czy zdjęcia. Nie. Ale czasem oddałabym wszystko, by wyglądać jak dziewczyna, która stoi przede mną w autobusie albo w kolejce do kasy.

Ćwiczę więc. Tak długo aż pociemnieje mi w oczach, a w piersi zabraknie tchu. Potem zamykam drzwi na klucz i ze słonym posmakiem potu w ustach idę do łazienki. Poranny rytuał.

Myję się specjalną rękawicą. Nie pamiętam już, co miała robić i w jaki sposób. Widzę tylko, że moja skóra staje się czerwona i nawet jeśli będę tak tarła aż do krwi, nie uczyni mnie to szczuplejszą. A jednak nie wyrzucam rękawiczki.

Potem myję twarz i zęby, patrząc w małe lusterko nad umywalką – jedyne, jakie posiadam. Nienawidzę swojego ciała, jakby było kimś, czymś innym niż ja. Chciałabym móc je zdjąć jak ubranie. Czasem nawet wyobrażam sobie, że odrywam od siebie cały ten tłuszcz jak przy obrabianiu mięsa i robi mi się niedobrze. Wcale nie chcę tak myśleć. Nie próbuję się okłamywać, że to normalne.

Ubieram się i schodzę do kuchni. Otwieram powoli lodówkę, ale zapach świeżej wątróbki i tak mnie uderza. Zamiast jedzenia widzę przed sobą tabelę z kaloriami rozpisaną na półki. Szykuję dwa śniadania. Jedno złożono z trzech jogurtów naturalnych i dwóch szklanek wody. Na drugiej tacy układam trzy hamburgery, butelkę coli i dwa ciastka z kremem.

Właśnie tę tacę biorę i niosę do drugich drzwi zamykanych na klucz. Ostrożnie schodzę po schodach, oświetlonych tylko słabą jarzeniówką. Otwieram klapkę w metalowych drzwiach celi. Pośpiesznie wsuwam jedzenie.

- Wypuść mnie, jebnięta suko! – krzyczy mężczyzna, ale udaje mi się zamknąć okienko, nim dobiega do drzwi.

Patrzę tęsknię na ustawioną w kącie siekierę. Tak bym chciała już przetestować nową kuchenkę z funkcją rożna. Ciacho poznane na dyskotece musi jednak poczekać. To właśnie podobne do niego kąski doprowadziły mnie do takiego stanu.

Wracam na górę i jem pozbawione smaku jogurty.

Poranny rytuał.