Ustrój świata - Neil Stephenson

Jeszcze szlachetniejsza sztuka odmącania* zamąconych głów

Hubert Przybylski


Czasami jest tak**, że Autor solidnego, tysięcznostronicowego, zamieszkanego przez dziesiątki bohaterów cyklu ździebko fabularnie namiesza. Namiesza tak, że można by czasami sobie pomyśleć, że czegoś takiego już się raczej nie da rozplątać. I często, niestety, się nie da. A przynajmniej nie bez nadużywania "nadludzkich wysiłków woli" i przypadków***. Chlubnymi wyjątkami są Steven Erikson i Neal Stephenson. Dziś zajmiemy się wycinkiem twórczości tego drugiego Autora.

Cykl barokowy to świetny przykład tego, jak na miejscu odchodzącego starego rodzi się chaos nowych możliwości, z których w końcu wyłania się nowy ład. Co więcej, jest to przykład wielowymiarowy. Tak jest zbudowana fabuła, takie przemiany zachodzą w wnętrzach bohaterów i to samo dzieje się w tle akcji poszczególnych tomów. I to niezależnie od tego, czy weźmiemy pod uwagę geopolitykę, rozwój nauki czy myśli ekonomicznej. Mówiąc krótko - era "Żywego srebra" przemija, a z "Zamętu" rodzi się nowy "Ustrój świata".

A teraz króciutkie wprowadzenie do fabuły "Ustroju...". Jest rok 1714. Daniel Waterhouse wraca do Anglii, aby na prośbę księżniczki Karoliny pogodzić dwóch zwaśnionych geniuszy - Newtona i Leibniza. Wraca i po raz kolejny staje się pionkiem w intrygach wszystkich możliwych, walczących o cokolwiek, o co warto (lub nie) walczyć, frakcji. Czyli mówiąc zwięźle - momentalnie ładuje się w tarapaty. W tych samych tarapatach, choć po różnych stronach (i wcale nie są to tylko dwie strony), uczestniczą też i inni bohaterowie cyklu:
Eliza, Jack "Półkuśka" Shaftoe, Bob Shaftoe i inni.

Tak jak w poprzednich częściach Cyklu barokowego, tak i tutaj, oprócz samej warstwy fabularnej dostaniemy solidną porcję informacji historycznych, tyle że zmienił się środek ciężkości tych informacji. W pierwszym tomie na pierwszym miejscu była nauka, w drugim polityka, a teraz główne skrzypce przypadło ekonomii. I nie ma
co się temu dziwić - początek XVIII wieku to czas przemian. To właśnie wtedy zaczęto dostrzegać, że pieniądz oparty na ziemi nie ma większej przyszłości i że trzeba mu znaleźć inne podparcie. Z chaosu różnych pomysłów wybrano jeden i choć dziś już wiemy, że obrana droga niekoniecznie była strzałem w dziesiątkę i w ciągu następnych kilkudziesięciu lat trzeba będzie małe co nieco pozmieniać, to przez prawie trzysta lat system lepiej lub gorzej działał. W każdym bądź razie, Stephenson z prawdziwą maestrią opisuje ówczesną gospodarkę i zachodzące w niej zmiany. Przyjmowanie tak serwowanej wiedzy to prawdziwa przyjemność.

Moja ocena? 9.75/10. Tak. Wszystkim tomom Cyklu barokowego daję taką samą ocenę i zarazem jest to
też ocena zbiorcza całości. Dlaczego? "Ustrój świata" nie odstaje jakościowo od reszty cyklu - mimo, że ma troszkę inaczej położony środek ciężkości, to przyjemność i lekkość lektury jest równie, jak w przypadku "Żywego srebra" i "Zamętu", zachwycająca.

I tak oto kończy się moja przygoda z Cyklem barokowym. Cyklem tak bliskim ideałowi, jak to tylko możliwe. cyklem, który uważam za chyba najlepszy, jeśli chodzi o literaturę historyczno-przygodową****. A przynajmniej nie przychodzi mi na myśl inne, równie genialnie napisane dzieło.

Tak sobie jeszcze pomyślałem - Stephenson umieścił akcję cyklu w okresie, kiedy zachodziły przemiany w nauce, polityce i ekonomii. I tylko popatrzcie - my też żyjemy w czasach przemian, które idealnie nadają się na tło jakiegoś cyklu. Umieszczając akcję utworu w naszych czasach Stephenson z pewnością napisałby kolejne, równie dobre co Cykl barokowy dzieło. Hmmm... A może już napisał?

P.S. Zapomniałem wspomnieć o szacie graficznej nowego wydania. Może i nowe wydanie wygląda niesamowicie elegancko, ale mnie zwyczajnie brak tych świetnie dobranych, klimatycznych okładek z pierwszego wydania "Zamętu" i "Ustroju świata". Z drugiej strony, na widok stojących na półce grzbietów starego wydania nie dałoby się poderwać żadnej dziewczyny, a te nowe z pewnością zachwycą nawet analfabetkę... Hmmm...


Tytuł: Ustrój świata
Autorzy: Neil Stephenson
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Wydawnictwo: MAG
Wydanie: II
Data wydania: 10.10.2014
Liczba stron: 898 (w tym troszkę reklam)
ISBN: 978-83-7480-439-4

* Jak już się pewnie domyśliliście, od dziś można używać tego słowa nie tylko w mowie potocznej, ale także grając w s(a)cr(e)(ab)ble(u).

** Zauważyliście, że lubię zaczynać swoje recenzje takimi zwrotami? Wiedziałem. Jestem z Was dumny :)

*** A to się komuś dowolna noga podwinie, a to bad-boss się na jednej psiej kupie pośliźnie i na drugiej nieszczęśliwie (znaczy, dla siebie, bo dla bohaterów to jak najbardziej szczęśliwie) głowę rozbije, a to zupełnie niechcący ten kompletnie zagubiony i tak daleko, jak to tylko możliwe, leżący od uczęszczanych szlaków komunikacyjnych rejon kosmosu odwiedzi główny trzon gwiezdnej floty, i tak dalej, i tak badziewniej, i tak byle jak...

**** Tak. Oczywiście. Wiem, że cykl "wymyka się wszelkim klasyfikacjom". Ale dla mnie to jest to opowieść historyczno-przygodowa. Howgh*****.

***** Dla tych, którzy w dzieciństwie nie czytali Karola May'a wyjaśniam, że "howgh", to po "niemiecko-indiańskiemu" to samo co "rzekłem", "powiedziałem", "bez dyskusji", czy "i pozamiatane".