Arabska noc

Ocena: 
0
Brak głosów

Ostatnia opowieść była najdziwniejsza ze wszystkich.

Kiedy al-Hakim umilkł, zrobiło się tak cicho, że biesiadnicy słyszeli jedynie skrzek papug na wewnętrznym dziedzińcu pałacu i odległy szum Tygrysu. Siedzący u szczytu stołu gospodarz uniósł kielich i z kamienną twarzą upił kilka łyków wina. Potem poprawił turban i rzekł:

- Nikt poza Allachem Najwyższym nie zna wszystkich tajemnic tego świata, jednak dziwy, o jakich nam opowiadasz, młodzieńcze, nie mieszczą się po prostu w głowie.

Biesiadnicy skinęli twierdząco.

- Jakim sposobem ten żeglarz, który trafił na wyspę opanowaną przez dżiny, mógł spotkać nieżyjącą od lat kochankę? Mówiłeś przecież, że nie była duchem.

- Nie była – potwierdził al-Hakim, spuściwszy wzrok.

- Więc jest to błąd w opowieści, czyż nie?

- Skoro tak twierdzisz, szlachetny Sindbadzie....

Sala była olbrzymia, wyłożona marmurem, wysłana basryjskimi dywanami i rzęsiście oświetlona olejnymi lampami oraz świecami z Aleksandrii. Pośrodku znajdowała się sadzawka z misternie rzeźbioną fontanną, obok niej ustawiono niskie stoły, przy których na haftowanych poduszkach siedzieli biesiadnicy – sami najznakomitsi i najszlachetniejsi mieszkańcy Bagdadu. Stoły aż uginały się pod ciężarem wyszukanych potraw.

- Albo ci marynarze z poprzedniej opowieści – kontynuował gospodarz. – Zaatakowani na pustynnej wyspie przez metalową szarańczę. Nie wspomnę już o kairskim uczonym konstruującym sztucznego poetę. Zażywałeś haszysz?

Wszyscy się roześmiali, nawet stojący przy drzwiach eunuch. Młodzieniec zaczerwienił się. Machinalnie sięgnął po leżące na tacy jabłko.

- Nie zarobisz jako bajarz nawet jednego dirhema, bo twoje opowieści są kompletnie pozbawione sensu. Popracuj nad sobą, chłopcze.

Po krótkiej przerwie zaczął opowiadać sam gospodarz. Była to kolejna wspaniała bajka o pięknych księżniczkach, klejnotach, dżinach. Wszyscy słuchali w zachwycie. Al-Hakim czuł się upokorzony. No cóż, rzeczywiście nie mógł się równać z mistrzem, jeśli idzie o umiejętność oczarowywania słuchaczy. Jego wyobraźnia przebywała w zupełnie innych rejonach, dla większości niedostępnych. A jemu samemu pozostanie zawód tragarza albo poganiacza wielbłądów.

„Urodziłem się albo za późno, albo za wcześnie” – pomyślał.

Kiedy wracał do domu, była już noc. Łzy rozczarowania cisnęły mu się do oczu. Nagle przystanął obok palmy daktylowej i spojrzał w rozgwieżdżone niebo.

„Ciekawe, czy można by tam dolecieć na latających dywanach” – pomyślał i mimo wszystko się uśmiechnął.

Miał już pomysł na następną historię.