Terapia grudniowa

Ocena: 
8
Average: 8 (1 vote)

Doktor: Wygodnie panu?

Pacjent: Godne posłanie.

Doktor: Zacznijmy od tych zwierząt w poczekalni...

Pacjent: Pokryję koszta wszelkich zniszczeń.

Doktor: Na razie są spokojne.

Pacjent: To roślinożerne bestie.

Doktor: Zostawmy to. A pańska matka?

Pacjent: Była cnotliwą szlachcianką kapadocką. O jej życiu nie wiadomo zgoła nic.

Doktor: Zawsze pan tak się ubiera?

Pacjent: Kiedyś odziewałem się inaczej. W tym kłopot.

Doktor: To znaczy?

Pacjent: Zauważyłem już dawno, że stopniowo następuje sekularyzacja mej sukni.

Doktor: Sukni? Ciekawe... A co z bielizną?

Pacjent: Czy to ważne?

Doktor: Czasem, rzekłbym, kluczowe, hm...

Pacjent: Ale... Nie bardzo rozumiem.

Doktor: Chodzi o to, co pan nosi pod kostiumem.

Pacjent: Znaczy pod tym czerwonym?

Doktor: Dokładnie.

Pacjent: Eee, nie pamiętam. Raczej rzadko tam zaglądam. Ale możemy sprawdzić...

Doktor: Nie!

Pacjent: Coś się stało?

Doktor: Nie! Tylko niech pan zapnie te guziki. Proszę...

Pacjent: Dobrze. Ale coś tam było. Widział pan?

Doktor: Tak. Widziałem. W domu pan sprawdzi. OK, panie Santa? OK?

Pacjent: Zgoda, młody człowieku. Zapinam. Po co te nerwy?

Doktor: À propos! Santa? Czy to hiszpańskie nazwisko?

Pacjent: Chyba amerykańskie. Ale to raczej rodzaj pseudonimu. Zresztą w rodzaju żeńskim, co rzuca cień na moją tożsamość seksualną... Nie wiem, czy włada pan łaciną?

Doktor: Trochę...

Pacjent: Barbarzyńska mowa. Twarda i bez melodii. Co innego grecki...

Doktor: Jest pan Grekiem?

Pacjent: Do pewnego stopnia. Rzekłbym raczej: poddanym bizantyńskim. Jeśli wie pan, co przez to rozumiem?

Doktor: Mniej więcej. Ale pomówmy o pańskim głównym problemie.

Pacjent: Ho, ho, ho. Moim głównym kłopotem jest to, że jestem nieszczęśliwy, a nie bardzo wiem dlaczego. Praca nie sprawia mi już takiej przyjemności jak kiedyś. Może po prostu się starzeję?

Doktor: Ile pan ma lat?

Pacjent: Około półtora tysiąca. Ale czasem, wie pan, czuję się, jakbym miał z pięć tysięcy...

Doktor: Z czym się panu kojarzy ryba?

Pacjent: Post. Chrześcijaństwo. Cud.

Doktor: Dzwoneczki?

Pacjent: Śnieg.

Doktor: Komin?

Pacjent: Sadza.

Doktor: Przepraszam, że tak znienacka. To taki test. Pierwsze skojarzenia...

Pacjent: Sadza. Tak. Sadza jeszcze jest do wytrzymania. Dużo gorsze są przewody wentylacyjne. Pełno tych takich jakichś szarych kłaczków. Obrzydlistwo. I odróżnij to potem od brody! Najbardziej lubię przenikanie przez szyby. Zwłaszcza czyste. Pokazać panu?

Doktor: Może lepiej nie...

Pacjent: Nie są idealne, ale...

Doktor: Stop! Nie! To jest dwudzieste piętro! Ja kategorycznie... O Matko Boska Święta!

Pacjent: Ho, ho, ho! Nie ma jak świeże powietrze!

Doktor: Dobra! Niech pan już wraca! Halo! Jezu! Dosyć tych fikołków! Słyszy mnie pan?

Pacjent: Słucham?

Doktor: Cały niech pan przeniknie! Błagam!

Pacjent: Dobrze się pan czuje?

Doktor: Tak. Nie. Nie wiem.

Pacjent: Może wody?

Doktor: Poproszę.

Pacjent: Tu w tej flaszy?

Doktor: Nie. W tej przezroczystej. Albo nie. Niech będzie z brązowej.

Pacjent: Tyle?

Doktor: Jeszcze trochę. Dziękuję.

Pacjent: Lepiej?

Doktor: Nieznacznie. Hm. No więc przenika pan przez szyby i lewituje... I te renifery w poczekalni. I ten worek...

Pacjent: Tak, młody człowieku?

Doktor: To wszystko może znaczyć...

Pacjent: Tak? Powiedz to! Wyznaj!

Doktor: Że zwariowałem w końcu? Że ci wszyscy pojebańcy, co tu przychodzą wypłakiwać swoje smutne dzieciństwa, w końcu mnie czymś zarazili?

Pacjent: To zupełnie naturalna reakcja na zjawiska, których nie pojmujesz, mój synu.

Doktor: Synu?

Pacjent: Synu w sensie duszpasterskim. Jestem przecież biskupem z Azji Mniejszej. A właściwie byłem... Widzisz, ja się zmieniam. Dawniej odziewałem się jak biskup, bo ludzie wierzyli, że jestem biskupem. Teraz – popatrz na mnie – jestem jakimś gigantycznym krasnalem ogrodowym z wyprzedaży w TESCO. Zostałem okradziony z mojego biskupstwa, z mojego wczesnego, wschodniego chrześcijaństwa o silnych tendencjach eremickich. Zostałem bohaterem przedpołudniowych komedii, w których tracę pamięć lub upijam się. Krótko mówiąc, robię z siebie błazna. Gębę sobie mną byle kto wyciera. A te miliony sobowtórów, pojawiających się na długo przed moim przybyciem, kiedy tylko supermarkety ogłoszą swoje pożal się Boże Narodzenie.A ci wszyscy rodzice z ich nieudolnymi próbami zastąpienia mnie, które kończą się tym, że dzieci przestają we mnie wierzyć. A kiedy przestają wierzyć we mnie, jednocześnie przestają wierzyć w wiele innych rzeczy. Ważnych rzeczy…

Doktor: Rozumiem.

Pacjent: Tak, mój synu. Żyję w stresie.

Doktor: Rozumiem.

Pacjent: I jestem starym frustratem.

Doktor: Bardzo starym.

Pacjent: Nie pomagasz mi, synu.

Doktor: Ale to fakt. Jesteś stary. Wierzę, że masz tyle lat, ile mówisz.

Pacjent: To bardzo piękne i proste confiteor, synu. Widzę, że warto było tu przybyć. Czuję się znacznie lepiej. Jakiś lżejszy, jaśniejszy. No, na mnie już czas... Ile się należy?

Doktor: Nie. Nie trzeba.

Pacjent: Trzeba, synu, trzeba. W życiu nie ma nic za darmo. No, masz, rozpakuj. Byłeś bardzo grzeczny.

Doktor: Łał! Helikopter na radio! Czerwony! Skąd wiedziałeś?