Trylogia znad Tamizy

Ocena: 
0
Brak głosów

Zauroczenie

Oczarowałam go bez trudu. Bawiłam się i zwodziłam, dopóki nie ogłosił mnie damą swego serca i nie ślubował wierności. Nie zauważył, że mam przewrotną naturę niepoprawnej kokietki.

Dziś leżymy obok siebie, szczęśliwi i spełnieni. Rozszerzone źrenice kochanka znajdują się zaledwie kilka centymetrów od mojej twarzy. Słyszę stłumiony jęk, czuję gorący oddech, a dłonie gniotą nagrzany koc. W powietrzu unosi się słodki zapach jego skóry.

Czas nagli. Dotykam twarzy ukochanego, głaszczę szorstki policzek, całuję bliznę na czole. To pamiątka z wojny w Akwitanii. Delikatnie gryzę go w ucho, wodzę językiem po nabrzmiałej szyi, zatapiam twarz w zmierzwionych włosach. Przesuwam palcem po spoconym brzuchu. Chwytam jego zazwyczaj silne, ale dziś wyjątkowo wiotkie ręce i śmiało zapraszam do tańca. Kołyszemy się w rytmie niefrasobliwego pożądania, a ja szepczę mu do ucha sekrety o życiu wiecznym. Uśmiecha się.

W końcu zamykam mu powieki, kładę do snu jego okaleczone członki i naznaczony wrzodami korpus. Obsypuję pocałunkami poczerniałe palce. Dobranoc, sir Lancaster. Podwijam nadgniłą suknię, naciągam kaptur na bezwłosą czaszkę, zagarniam srebrzystą kosę i wychodzę. Bal się jeszcze nie skończył.

Pstrągi

Wiosna 1349 roku. Nad rzeką unosi się welon porannych mgieł, a rybacy powoli powracają z połowu. Dostrzegam ją na brzegu. Siedzi na kamienistej plaży i śmieje się wesoło, klaszcząc w drobne dłonie i patrząc na ryby, które podskakują w sieci. Ha! Ryby, to nimi miałam się zająć. Zasnuwam bielmem przestraszone oczy pstrągów, a potem, na chwilę, dosłownie na ułamek sekundy, nachylam się nad umorusaną buzią dziewczynki.

Zauważa mnie. Próbuje chwycić za rąbek sukni, ale szybko odskakuję i grożę jej kościstym palcem. Czerwone usteczka układają się w podkówkę, w oczach pojawiają się łzy. Gdy wybucha płaczem, jestem już kilka kroków dalej, oddalam się w stronę Tower.

Czeka mnie dziś dużo pracy. Książęta, kupcy, rzemieślnicy, żebracy – wszyscy czekają, aż przyjdę i okażę im litość. W powietrzu unosi się woń palonych ciał, moja woń. Oddaliwszy się od brzegu, odwracam się jeszcze. Dziewczynka uspokaja się na chwilę, gdy jej wzrok napotyka moje puste spojrzenie. Mała bezgłośnie porusza ustami, jakby zadając mi nieme pytanie.

– Jeszcze dziesięć lat, Molly – odpowiadam.

 Danse macabre

Rytmiczny stukot kół i nierówne chybotanie powozu wprawiły ją w senny nastrój. Leniwie spoglądała na przesuwające się za oknem obrazy, w zamyśleniu skubiąc mankiet haftowanego rękawa. Czy aby zachowa się odpowiednio? Czy dobrze zapamiętała wszelkie wskazówki matki? Czy będzie jej dane poznać prawdziwą damę dworu?

Nagle na ulicy zrobiło się tłoczno, stangret przyhamował konie. Mijali szpital świętego Jakuba.

Jeszcze raz zerknęła za okno. Na trawie przed wejściem do szpitala tańczące pary wirowały w rytmie wygrywanej na psalterium muzyki, lekko przeskakując nad leżącymi przed wejściem chorymi. W końcu tańczący stworzyli korowód, na którego czele kroczyła wysoka, szczupła kobieta o niespotykanej urodzie. Margaret nie mogła oderwać od niej wzroku. Długa kirowa suknia kontrastowała z bladością smukłej twarzy. „Kto ubiera czarną suknię na bal?”.

Nagle rozległ się okrzyk stangreta, a konie pognały do przodu. Iluzja minęła. Margaret pozostawiła tańczące szkielety, by wziąć udział w przyjęciu dla żywych.