Piasek, krew i niebo

Ocena: 
5.75
Average: 5.8 (4 votes)

Tego letniego dnia niebo było szare. Fale u piaszczystego brzegu nieopodal rybackiej wioski marszczyły się ponuro, gdy z szarówki poranka powoli wyłaniały się podłużne łodzie. U ich dziobnic zamocowano topornie ciosane smocze głowy. Miały one odstraszać opiekuńcze duchy wybrzeża i pobliskich wiosek. Pasażerowie drakkarów nie zaniedbali tego zwyczaju przodków, nawet gdy wiedzieli, że mieszkańcy tych ziem wyrzekli się opieki dawnych bóstw na rzecz nowego, uniwersalnego boga. Lecz czy zamknięty i czczony w kamiennych budowlach mógł ich wspierać pod otwartym sklepieniem nieba?

*

Wilhelm stał na warcie w kościelnej dzwonnicy położonej na szczycie masywnej wieży. Budowla została wzniesiona nie tylko na chwałę Bogu, lecz również jako ostatnie miejsce obrony przeciw najeźdźcom z lądu i morza. Straż pełnił tam każdy, kto potrafił prawidłowo trzymać łuk.

Nastały złe czasy; najazdy trafiały się coraz częściej i nauki o miłości do bliźnich odchodziły w niepamięć, gdy należało sięgnąć po miecz czy włócznię w ochronie życia i ziemskiego dobytku.

Oto nadeszła jedna z tych chwil. Nie więcej niż szesnastoletni chłopak spostrzegł, jak z nicości wyłaniają się trzy podłużne łodzie o kilkunastu rzędach wioseł i niemalże kwadratowych, biało-czerwonych żaglach. Początkowo uznał je za złudzenie, podświadomą żądzę, by zdarzyło się coś, co zakłóci codzienną monotonię i da okazję do sprawdzenia swej męskości. Jednakże z każdą chwilą drakkary były coraz wyraźniejsze. Will oprzytomniał i na oślep wyszukał skryty w półmroku sznur od dzwonu.

Donośne dźwięki poniosły się przez rześkie powietrze spraszając wszystkich mieszkańców wsi nie na bogobojne nabożeństwo, lecz rychłą celebrację śmierci.

*

Sigurd z ulgą oddychał powietrzem nadmorskiej bryzy. Podróż w towarzystwie kilkudziesięciu nieumytych, a w skrajnych przypadkach cuchnących od rzygowin mężczyzn przez zimne wody dzielące jego ojczyznę od Brytanii nie należała do najprzyjemniejszych doświadczeń w jego krótkim życiu. Szczęśliwie, trudy podróży wkrótce miały zostać wynagrodzone łupami, jakie jego drużyna odnajdzie w tej i innych przybrzeżnych wsiach.

Na pokładzie trwały ostatnie przygotowania przed zejściem na ląd: rośli wojowie nakładali na siebie ochronne kubraki lub kończyli szlifować ostrza mieczy i toporów. Młodzieniec, zwany już mężczyzną, chwycił w jedną z rąk drewnianą tarczę. Drugą zmacał młot Thora wiszący pod koszulą i zmówił krótką modlitwę do swego bóstwa.

*

Will podziwiał szybką mobilizację żołnierzy zamieszkujących wioskowy posterunek. Okazali się być gotowi jeszcze zanim opuścił wieżę. Wojownikom króla w mgnieniu oka ulotnił się z głowy wyżłopany zeszłej nocy alkohol. Za nimi podążali mężczyźni z wioski – kowale i farmerzy, ojcowie i synowie. Kobiety w pośpiechu łapały młodsze pociechy, chyłkiem uciekając poza zabudowania – jak najdalej od plaży, na którą zmierzali mężczyźni.

Oczy Wilhelma poszukiwały znajomej sylwetki ojca. Nie zdołały go wszak odnaleźć, gdyż jeden z żołnierzy zerknął na ściskany przez chłopaka łuk – symbol trzymanej straży. Niedbale przywołał go do siebie.

- Hej, chcesz iść z nami? – mężczyzna wykonał nieokreślony gest. – Tylko trzymaj się z daleka od właściwego pola bitwy. Tam nic po tobie, młodziaku. Stań za nami i szyj do dzikusów z łuku. A gdy zbliżą się do ciebie, nie zgrywaj bohatera i wiej.

Will skinął głową na znak, że rozumie.

* Uderzenie było potężne. Sigurd został odrzucony do tyłu przez rosłego wojownika, który potrafił wykorzystać własną tarczę nie tylko w obronie, lecz i w ataku. Stopy młodzieńca wryły się w mokry piach. Sigurd odzyskał równowagę i wrócił do wyrwy w szeregu, nim Bryt zdołał się przecisnąć i narobić szkód. Miał szczęście – poza tarczami również ostre groty włóczni trzymały obrońców wioski w ryzach. Pomimo przewagi wroga ci stanęli do bitwy, chcąc przegonić go zajadłym oporem. Wiedzieli, że może to zniechęcić najeźdźców, którzy woleli łatwe zdobycze.

Sigurd dźgnął własną włócznią, lecz czubek zaledwie zarysował bok hełmu jednego z wojów. Poczuł, jak zaraz po tym jego tarcza zostaje strzaskana silnym ciosem topora. Pozbawiony tej ochrony, spanikował i zasłonił się włócznią. Drzewce pękło przy kolejnym uderzeniu obuchem. Z niezwykłą klarownością ujrzał, jak oręż wbija się w jego trzewia.

Krew zabarwiła piasek czerwienią.

* Will wypuścił kolejną strzałę. Z obawy przed zranieniem swoich nie celował w gęstwę wojów, lecz w kilku łuczników, którzy tak jak on kryli się za piechotą. Nie trafił dotąd żadnego.

Jeden z nich usłyszał charakterystyczny świst w pobliżu. Szybko dojrzał pozycję Willa i dla niego przeznaczył kolejny pocisk. Celnie wymierzona strzała przeszyła młodzieńczą szyję.

*

Leżeli, umierając. Myśli uciekały ku zawieszonym na szyi symbolom i bogom, których wyrażały. I chociaż żaden z nich o tym nie pomyślał, tylko jeden z zaświatów, w które zmierzali mógł być prawdziwy. Raj czy Walhalla? Pustka pochłaniała oba umysły, lekko przy tym pulsując. Ułamki sekundy pozostały do przekroczenia granicy, za którą kryła się prawda.