Żywa wyobraźnia

Ocena: 
9
Average: 9 (2 votes)

– Jeszcze raz, od początku. Czego właściwie się boisz?

– Ciężko powiedzieć. Wielu rzeczy – milczy, posapuje, zastanawia się. – O, na przykład kiedy hałasują w nocy. I postukują. I ten szelest taki... pełen oczekiwania. Dobrze wiesz, że on lub ona, tam w ciemności, przyczaił się, przyczaiła się... Przyczaiło się. I nagle wyskoczy, a potem...

– Rozumiem. Czegoś jeszcze? Czegoś konkretnego, namacalnego... Czegoś, czego można dotknąć palcami.

Milczy, posapuje, zastanawia się.

– Niedźwiedzi. Żołnierzy z żelaznymi bagnetami. Dinozaurów. I jeszcze takich, którzy polują na sny. Pachną pierzem i pająkami.

– Pająków też się boisz?

– Pająków? – śmieje się, mrużąc oczka. Nawet w półcieniu spowijającym gabinet doktor jest w stanie dostrzec, jak na policzkach pojawiają się sympatyczne dołeczki. – A dlaczego ich się bać? Są śmieszne. Ale jeśli pachną nimi sny, to znaczy, że nie jest dobrze. To znaczy, że ktoś ma duży problem.

– Zaczekaj, pogubiłem się. Co do tego mają łowcy snów? No, ci, o których mówiłeś.

– To proste – oni polują na sny. Te, w których są moi przyjaciele. A właściwie przyszli przyjaciele. I oni, ci przyjaciele, nie mogą się wydostać. Zupełnie jakby ktoś ich zamknął w słoiku lub labiryncie. I trzeba ich uratować. A tam wszędzie szelesty, i postukiwania, i żelazne bagnety, i d-dinozaury. I jeszcze błyski. I... – głośno przełknął ślinę – i krzyki – wyszeptał.

Doktor westchnął. Wszystko zapowiadało się tak przewidywalnie, a tu nagle okazuje się coś zupełnie innego. Co to za historia z przyjaciółmi i do tego jeszcze z przyszłymi?

– Przypomnij mi, proszę, ile masz lat? Pięć?

– Pięć i pół, niedługo sześć.

– Ale z ciebie odważny chłopiec. Sam wszedłeś do gabinetu, bez rodziców. Rozsądny. Co ci mogą zrobić łowcy snów?

Chłopiec westchnął:

– Naprawdę pan nie rozumie? Nie pamięta pan? Ja... ja bardzo dobrze pamiętam. Wszyscy pamiętamy. No tak – powiedział już bardziej do siebie – dorośli... mają co innego w głowie. A dzieci – dodał, patrząc na doktora – o wszystkim wiedzą. Dlatego się boją. Śpią i we śnie się boją i wyobrażają sobie to, czego się boją. A potem rodzice zawieszają im łowcę snów, żeby schwytać. Schwytać w bieg dookoła, w drżenie, szelest, szept, światło, krzyk. W nieskończoność.

Doktor posmutniał, zupełnie skołowany. Ciężki przypadek, a on miał nadzieję...

– I wtedy – chłopiec znów westchnął – co zrobić, trzeba im pomóc. Ale to jest straszne. Dlatego, że tam ciągle w ciemności słychać wszędzie skrzypienie. I ty dobrze wiesz, że na ciebie czekają. I wszędzie czają się ukryci żołnierze. Ile razy my... zawsze... zawsze jedno i to samo. Ale przychodzimy. Boimy się, ale przychodzimy swoim na ratunek. Po prostu... jestem już zmęczony tym strachem. Pewnie jestem tchórzem.

– Ot, co – powiedział doktor łagodnie – zrobimy tak...

Wstaje, idzie w stronę okna, podnosi rolety. Koniec seansu. Jego oryginalne metody tu na nic, będzie tylko gorzej. Najpierw należy porozmawiać z rodzicami, dowiedzieć się, w jakich warunkach chłopiec się wychowuje, co mogło go zranić.

– Kolego, zrobimy sobie przerwę...

Nie skończył, bo za plecami usłyszał przenikliwy krzyk.

Chłopiec zeskoczył z kozetki i na coś wskazuje palcem za plecami doktora. Na półki z zabawkami dla pacjentów. Z lalkami, konikami, jeżykami. Z pluszowymi niedźwiadkami.

Chłopiec krzyczy, tracąc oddech z przerażenia. Cofa się, jego twarz nagle zaczyna puchnąć jak po ukąszeniu przez pszczołę, ręce też. Następnie wstrząsa ramionami, włosy zaczynają mu wypadać, sypią się całymi puklami, nos się wydłuża, usta rozciągają, spod pach zaczynają wyrastać dwie, cztery, siedem par giętkich rąk podobnych do macek zakończonych ssawkami, drobnymi haczykami.

Chłopiec nadal krzyczy – już niskim, zwierzęcym basem, ciska na boki głową – nie... nie... niedźwie... – i nagle doktor przypomina sobie coś, co kiedyś latem śniło mu się każdej nocy. Przypomina sobie tego, który mu się śnił i przed którym uratował go jedynie pluszowy miś – właśnie ten stary, sfatygowany, siedzący na półce.

Serce tłucze się jak szalone – żeby tylko zdążyć! Doktor gwałtownie otwiera okno, łapie pluszaka. Wyrzuca w słoneczną jasność, w dziecięcy zgiełk, w trzepot gołębich skrzydeł.

Wraca, krzyżuje ręce na piersiach.

– Tak... – mówi doktor, mając nadzieję, że nie słychać, jak drży mu głos – zacznijmy od początku. Zobaczymy, w jaki sposób mogę pomóc tobie i twoim przyjaciołom.

26.06.2014 r.

Przełożyła Dagmara Bożek-Andryszczak

Odpowiedzi

Cudo. Poproszę więcej takich tekstów :)

Zgadzam się. Świetny tekst. Oby takich więcej. :)

Podoba mi się. Przypomina mi trochę - przez pluszaka i dziecko - bardzo dobry tekst "Opiekun" z tego portalu http://szortal.com/node/3601