Absynt

Ocena: 
7
Average: 7 (1 vote)

Etienne spoglądał od niechcenia na żółte światło ulicznej latarni, której blask zdawał się tworzyć magiczną kulę lewitującą nad brukiem paryskiej ulicy.

Lecz jego myśli krążyły gdzie indziej.

Niespełna pół godziny temu stał na moście gotowy rzucić się w czarne odmęty Sekwany. Co go powstrzymało? Na pewno nie była to myśl o Yvonne, podrzędnej aktoreczce siedzącej po jego lewej stronie i trajkoczącej coś tym swoim irytującym głosikiem. Etienne leniwie przeniósł wzrok na przesadnie wypudrowaną twarz i czerwone usta. Nie była piękna, lecz gdy patrzył w jej jasnozielone oczy, które miały niemal ten sam kolor, co opróżniona do połowy butelka stojącego na stoliku absyntu, przychodziła mu na myśl beztroska dzieciństwa i szmaragdowa głębia morza, w którym nurkował w młodości.

Przymknął na chwilę oczy i wsłuchał się w kawiarniany gwar. Dobiegające z oddali dźwięki niezbyt dobrze nastrojonego pianina mieszały się z echem rozmów par siedzących dookoła, a nad tym wszystkim górowały okrzyki prostytutek zgromadzonych przy stoliku gdzieś z tyłu.

Jeszcze dwa lata temu pachnący papierosami i absyntem świat, w którym królowały muzyka, poezja i wolność, był dla niego inspiracją i sensem życia. A teraz? Pełne uroku uliczne kawiarenki były już tylko knajpami, w których zaspokajał swój alkoholowy głód. W pięknych kochankach widział jedynie prostytutki, które pod długimi, kolorowymi sukniami skrywały niedoskonałości urody, a zielony świat śmiechu i tańców o świcie przerażał go szarością niewyspania, skacowanym brudem i ziewającą nagością.

Etienne spojrzał w górę na księżyc, na jasne gwiazdy spoglądające z granatowej czerni nieba na senny i szmaragdowy świat bohemy.

Tam, w górze, mógłby być szczęśliwy.

Jutro znów pójdzie na most…