Ziemianie przynoszą dary

Ocena: 
8
Average: 8 (2 votes)

Mars miał wiele do zaoferowania, a Ziemia mogła dać wiele w zamian – gdyby udało się zorganizować dostawę!

Dhar Ry siedział samotnie w swoim pokoju i medytował. Zza drzwi dobiegła go fala myślowa, będąca odpowiednikiem pukania. Spoglądając na drzwi, Ry zażyczył sobie, żeby się rozsunęły.

Były mu posłuszne.

– Wejdź, mój przyjacielu – powiedział. Mógł przekazać tę myśl telepatycznie, ale jeśli obecne były tylko dwie osoby, uprzejmiej było użyć mowy.

Ejon Khee wszedł do pomieszczenia.

– Już późno, a ty jeszcze nie śpisz, mój przywódco – powiedział.

– Tak, Khee. W ciągu godziny ma wylądować rakieta z Ziemi i chcę to zobaczyć. Tak, wiem, wyląduje tysiąc mil stąd, jeśli ich obliczenia są poprawne. Za horyzontem. Ale nawet jeśli wyląduje dwa razy dalej, błysk eksplozji atomowej będzie widoczny. A ja już długo czekam na pierwszy kontakt. Bo nawet jeśli w rakiecie nie będzie żadnych Ziemian, i tak będzie to pierwszy kontakt – dla nich. Oczywiście nasze zespoły telepatów odczytują ich myśli od  wieków, ale to będzie pierwszy fizyczny kontakt pomiędzy Marsem a Ziemią.

Khee umościł się wygodnie na jednym z niskich krzeseł.

– To prawda – odrzekł. – Jednak nie przeglądałem ostatnich raportów zbyt dokładnie. Dlaczego używają atomowej głowicy bojowej? Wiem, że ich zdaniem nasza planeta jest niezamieszkana, ale mimo to...

– Będą obserwować rozbłysk przez teleskopy księżycowe i uzyskają... Jak oni to nazywają? Analizę widmową. Ona im powie więcej, niż teraz wiedzą (lub sądzą, że wiedzą; wiele tych informacji jest błędnych) o atmosferze i składzie powierzchni naszej planety. To znaczy... możesz to nazwać strzałem zwiadowczym, Khee. Będą tu osobiście za kilka opozycji. A wtedy...

Czekając na nadejście Ziemi, Mars starał się wytrzymać. A dokładniej nie Mars, tylko to, co pozostało z Marsa. Jedno małe miasto, liczące około dziewięciuset istot. Cywilizacja marsjańska była starsza niż  ziemska, ale wymierała. Tylko tyle przetrwało: jedno miasto, dziewięćset osób. Czekali na kontakt ze strony Ziemi z dwóch powodów: egoistycznego i nieegoistycznego.

Cywilizacja marsjańska rozwinęła się w zupełnie innym kierunku niż cywilizacja ziemska. Nie zdobyła istotnej wiedzy w dziedzinie nauk fizycznych, nie stworzyła technologii. Ale doprowadziła nauki społeczne do takiego poziomu, że na Marsie przez pięćdziesiąt tysięcy lat nie było ani jednej zbrodni, nie mówiąc o wojnie. I w pełni rozwinęła parapsychologiczne nauki umysłowe, które Ziemia dopiero zaczynała odkrywać.

Mars mógł wiele nauczyć Ziemię. Przede wszystkim sposobów zapobiegania zbrodniom i wojnom. Nieco trudniejszymi kwestiami były telepatia, telekineza, empatia...

A Ziemia, jak liczył Mars, mogłaby nauczyć ich czegoś cenniejszego dla Marsa: jak za pomocą środków naukowych i technologicznych – których Mars nie zdążyłby już rozwinąć, nawet gdyby jego mieszkańcy mieli taki rodzaj umysłu, który pozwoliłby na doskonalenie tych dziedzin – odtworzyć i przywrócić do dobrego stanu umierającą planetę, aby rasa, która w innym przypadku wymrze, mogła nadal żyć i rozmnażać się.

Każda planeta zyskałaby wiele i żadna nie przegrałaby.

A dziś właśnie Ziemia miała wykonać swój pierwszy strzał zwiadowczy. Kolejny strzał, rakieta z Ziemianami lub przynajmniej jednym Ziemianinem przyleciałaby więc przy następnej opozycji, za dwa lata ziemskie lub około cztery lata marsjańskie. Marsjanie wiedzieli o tym, ponieważ ich zespoły telepatów potrafiły odczytać przynajmniej niektóre myśli Ziemian, dość, by poznać ich plany. Niestety na taką odległość połączenie było jednokierunkowe. Mars nie mógł prosić Ziemi o przyspieszenie programu. Ani przekazać ziemskim naukowcom faktów dotyczących składu i atmosfery Marsa, dzięki czemu ten pierwszy strzał byłby niepotrzebny.

Dziś Ry, przywódca (to najlepsze tłumaczenie marsjańskiego słowa) i Khee, jego asystent ds. administracyjnych oraz najbliższy przyjaciel, siedzieli i medytowali razem, dopóki nie nadeszła ta pora. Wtedy wznieśli toast za przyszłość – napojem opartym na mentolu, który miał taki wpływ na Marsjan, jak alkohol na Ziemian – i wspięli się na dach budynku, w którym przebywali. Patrzyli w kierunku północnym, gdzie powinna wylądować rakieta. Jasne, stałe światło gwiazd przenikało przez atmosferę.

W Obserwatorium nr 1 na ziemskim księżycu Rog Everett, nie odrywając oka od lunety, powiedział triumfalnie:

– Ale walnęła, Willie. A teraz, gdy tylko wywołamy filmy, będziemy wiedzieli, co dzieje się na starym, dobrym Marsie.

Wyprostował się – nie będzie już nic więcej do oglądania – i uścisnęli z Willim Sangerem dłonie. To była historyczna chwila.

– Mam nadzieję, że nikogo nie zabiła. To znaczy żadnych Marsjan. Rog, czy uderzyła w martwy środek Syrtis Major?

–Wystarczająco blisko. Powiedziałbym, że zeszła z kursu o jakieś tysiąc mil na południe. To bardzo blisko celu jak na strzał na odległość pięćdziesięciu milionów mil. Willie, czy naprawdę wierzysz, że Marsjanie istnieją?

Willie zastanowił się chwilę, a potem odpowiedział:

– Nie.

Miał rację.

Przełożyła Monika Olasek

Odpowiedzi

Nie znam się na parapsychologii, ale nie mogli nadać telepatycznie komunikatu, że istnieją? Zasugerowane jest, ze mieli kiedyś miasta (teraz istnieje tylko jedno). Stworzyli je bez technologii? Jak zaczęli wymierać, to znaczy, że coś w tych ich naukach społecznych poszło nie tak. Prowadzili niezrównoważoną gospodarkę rabunkową? Tylko jak byli tak zaawansowani społecznie, to kto by się na tym chciał wzbogacić w ten sposób? Podsłuchując ludzi od wieków nie usłyszeli rozwiązań, nie wyciągnęli żadnych wniosków? Jacyś głupi są ci Marsjanie?

Edit.

Punkt za przypomnienie, że samą miłością człowiek nie wyżywi rodziny.