Spowiedź

Autor: 
Ocena: 
7.75
Average: 7.8 (4 votes)

Obraziłem Pana Boga następującymi grzechami: mamy nie słuchałem. Przeklinałem. W niedzielę nie poszedłem na mszę, ale byłem chory, więc się nie liczy. Okłamałem rodziców, że pani od historii nie sprawdziła jeszcze kartkówek – a sprawdziła, dwa dostałem.

No i zabiłem Kazia.

Niech ksiądz nie udaje, że nie zerka przez kratki! To ja, Henio z czwartej be, mam u księdza piątkę z religii. Tak, zabiłem Kazia, choć nie chciałem… a może chciałem? Teraz to ja już sam nie wiem. Ale stało się.

Niech ksiądz nie wychodzi z konfesjonału! Proszę mnie najpierw wysłuchać! Później może ksiądz zadzwonić na policję, naskarżyć rodzicom – albo przynajmniej nie dać rozgrzeszenia; może ksiądz to wszystko, ale błagam, proszę mnie najpierw wysłuchać.

To było raptem wczoraj. Już na pierwszej lekcji wiedziałem, że muszę zabić Kazia, bo tak mi kazał głos – i gdy przepisywałem daty z tablicy, głos się nasilał i tężał jak nieznośny ból zęba. A Kazio – naiwny, głupi rudzielec – Kazio siedział obok i wypytywał: masz zadanie na angielski? Albo: pożyczysz mi ołówek? Albo: jedziesz na wycieczkę za tydzień? A ja tylko głową kiwałem – tak, tak, tak – wszystko na tak, pozory normalności zachowując, bo tak rozkazał głos: pary z gęby nie puszczaj, Henio!

I później, gdy rozwiązywałem równanie, gdy czytałem fragment „W pustyni i w puszczy”, gdy jadłem bułkę na przerwie, gdy biegałem na wuefie za piłką – głos cały czas powtarzał, że Kazia trzeba zabić, że to ważne, bardzo ważne. Głos był niczyj, po prostu gadał, śpiewał, zawodził, szeptał – to wszystko naraz i tylko ja go słyszałem.

Śnieg walił z nieba bez umiaru, lekcje się skończyły. Wyszliśmy ze szkoły w tę zamieć, cała chmara uczniów; uczniowie jak szarańcze w pomarańczowych albo zielonych czapkach, z odblaskami na plecakach, a każdy plecak jak pancerzyk owada. Mróz szczypał w policzki.

 Rozeszliśmy się w swoje strony, jedna grupka w prawo, inna w lewo, byle do domu, zanim zrobi się ciemno. Po niektórych przyjechali rodzice, ale ja i Kazio poszliśmy razem polną drogą, teraz zasypaną, pozawiewaną – bo najbliżej, no i zawsze mieliśmy ubaw, tak po zaspach gonić.

Kazio to przecież mój sąsiad, dwa domy mieszka ode mnie, nasi rodzice razem grillują, razem piwo piją, ale teraz nie było rodziców ani wspólnych spotkań – był tylko głos w głowie i milczące połacie śniegu, szczelnie otulające świat.

Kazio nie stawiał oporu, był słaby i chudy. Ołówek wszedł w oko miękko – jak widelec w galaretkę – ten sam ołówek, co go Kazio ode mnie na lekcji pożyczał. Później było drugie oko i dopiero wtedy w ruch poszły nożyczki. Kazio musiał zginąć, chociaż to nie był mój wybór, tylko ręce moje i łzy moje. I jeżeli go dzikie psy nie poszarpały, wciąż powinien leżeć w tych zaspach, na tym mrozie, z wyłupionymi oczami i popodcinanymi żyłami.

Zastanawiam się tylko, skąd księdza oburzenie? Przecież księdza też nawiedza głos. O, właśnie mi o tym szepta, uwierzy ksiądz? To do prawego ucha, to do lewego: szepta, wyśpiewuje, wykrzykuje, recytuje, deklamuje, w głowę się wgryzłszy, bo taki jest głos, prawda? I opowiada mi o księdza grzechach, problemach, sekretach, trwogach – ponoć każdy je ma, nikt nie jest idealny, tak twierdzi mama. O księdza rękach lepkich, brudnych, o cuchnących myślach, o strasznych czynach z przeszłości.

Proszę się nie obawiać, każdy sekret jest u mnie jak w kasie pancernej, mogą mnie ogniem piekielnym przypalać, a ja nie puszczę pary z ust. Prosiłbym tylko o rozgrzeszenie. Dla księdza to tak mało, a ugrać ksiądz może tak wiele. Wystarczy dobre słowo, modlitwa na pokutę i znak krzyża. I widzimy się w poniedziałek na lekcjach.

Bóg zapłać.