Rocznica

Autor: 
Ocena: 
5.75
Average: 5.8 (4 votes)

Zapina ostatni guzik wieczorowej sukienki. Najlepszej, jaką ma. Godnej tego wieczoru. Zielony atłas zmysłowo owinął jej szczupłe, sprężyste ciało. W uszach zabłysnęły szmaragdowe kolczyki, migocząc na zwiastowanie wyjątkowej uroczystości. Prawie gotowa. Jeszcze zbiera niesforne kosmyki włosów i wsuwa w wysoko upięty kok. Nie spieszy się, choć jest zniecierpliwiona. Aromat wody różanej dobiegający z rozgrzanego ciała na długo pozostawi wspomnienie tego wieczoru. Chwilę przygląda się sobie w lustrze, wpatruje uważnie, jakby nie wierzyła we własne odbicie. Anioł czy demon? W bladym świetle kinkietu tak trudno rozpoznać.

Uchyla drzwi i ukradkiem idzie do kuchni, skąd wymyka się delikatny zapach goździków i anyżku. Na blacie lśnią porcelanowe półmiski. Kolacja gotowa. Wentylator okienny skrzypnął cichutko, wpuszczając powiew mroźnego powietrza. Za oknem zima, choć luty i tak długo rozpieszczał słoneczną, ciepłą pogodą. Mieszkanie wypełnia przyjemna cisza, którą podkreśla jedynie cichy śpiew Enrico Caruso, zawodzący Una Furtiva Lagrima. Ukołysze zakochanych.

On siedzi przy stole. Czeka cierpliwie. Przechylił głowę i uśmiecha się w milczeniu. Ona odpowiada promiennym grymasem. Nieśmiało, nieco zawstydzona, jakby nie uśmiechała się od lat.

Na stole udekorowanym kwiatami układa półmisek z kaczką w miodowej skorupce oraz pieczonymi ziemniakami. Obok stawia talerz z glazurowaną marchewką i buraczkami. Ciepło unosi niebiańskie zapachy. Srebrne sztućce odbijają ogień świec, tworząc magiczną iluminację. Do kryształowych kieliszków rozlewa słodkie czerwone wino, którego owocowa woń przypomina tamto lato. Ile lat minęło? Dwadzieścia jeden? To krótko czy długo? Zbyt krótko, żeby przyzwyczaić się do wyzwisk, obelg, poniżania. Bo każda okazja była dobra. Zbyt krótko, żeby nie czuć bólu po każdym siniaku. Wystarczająco długo, żeby umiejętnie chować swoje cierpienie nawet przed samą sobą. Dusić je i dławić jak upartą czkawkę. Zakrywać cieniami i maskować pudrem. 

– Zapomniałam różu? – pyta zakłopotana, przyłapana na niedoskonałości.

Przechyla się przez stół i patrzy na niego z bliska. Dzieli ich tylko miłość. Wyciąga dłoń i głaszczę go po gęstych, zmierzwionych włosach spod których powoli ściekają gęste, ciężkie krople krwi. Kapią leniwie na błękitną koszulę i rozlewają na materiale, tworząc pastisz w odcieniu dziesiątek czerwieni. Co artysta miał na myśli? Zbiera jedną kroplę na palec.

– Dziękuję kochany za ten wspaniały dzień – szepcze. – Wszystkiego najlepszego – dodaje rozcierając soczysty karmazyn o swój siny policzek.