Wędrująca Dziura

Ocena: 
8
Average: 8 (1 vote)

Stali tuż nad krawędzią, wpatrując się nerwowo w mroczną otchłań.

– Wiecie, co to jest? – spytał ktoś.

– Wędrująca Dziura, ani chybi – padła odpowiedź gdzieś z tylnego szeregu, a przez cały zebrany tłum przeszedł szmer przerażenia.

Na czoło zgromadzenia przecisnął się wątły jegomość w przekrzywionych okularach.

– Wędrująca Dziura? A cóż to za bajki opowiadacie! – krzyknął. – Przecież to zwykłe osunięcie terenu. Albo nora jakaś.

– Wy tu, magister, nowiście są. – Odezwał się brodaty mocarz w szerokim, słomianym kapeluszu. – Naszych okolic nie znacie. Ale u nas niedźwiedzie nor nie kopio! – Pośród zebranych dało się usłyszeć potakiwania. – A poza tym, gdzie ta ziemia wykopana podziała się, hę? Po takiej dziurze, to hałda byłaby większa, niż fara w Przysadzicach, a tu, o, trawa równa rośnie, nic błotem nie obsrane. Poczekajta, aż Stara Wawroniowa przyjdzie, to powie, że to nic innego, jak Wędrująca Dziura.

Magister poprawił okulary, założył ręce na piersi i pokręcił głową.

– Ja cię, Stanisławie, miałem za światłego człowieka – odpowiedział. – A ty zabobon szerzysz.

– Wędrująca Dziura to nie zabobon, panie nauczyciel. Chłystek byłem, lat temu z kopę, ledwo pamiętam, ale pamiętam. Na Kurkowym Polu też się wtedy pojawiła. Też taki jeden mądry z miasta przyjechał. Wyciągnął jakieś instrumenta, pomierzył i mówi, że woda podmyła. Deszcz napadał, ziemię wypłukał i ot, dziura w polu. Ale w ten czas susza była od trzech miesięcy, panie magister. Woda w rzece ciurkiem ciekła i tylko w najgłębszej studni Maciowiaka trochę wody dla wsi było.

Magister podniósł dłoń.

– O i właśnie przez to utworzyło się zapadlisko. Brak wody mógł spowodować, że...

– Jeszczem nie skończył! – ryknął Stanisław, aż z pobliskiego dębu pospadały żołędzie, a Magister zamarł z rozwartymi ustami. Podniesiona ręka powoli opadła.

– Dwa dni nie minęły – podjął przerwaną opowieść Stanisław – a mądry wrócił na Kurkowe Pole znowu dziurę mierzyć. I wiecie, że tym razem mu już miary nie starczyło. Dziura większa była, głębsza i czarniejsza. I do tego słychać było głosy...

Pośród zebranych znów poniósł się nerwowy szmer.

– Ludzie ze wsi głupie nie były, stali pod lasem, nie podchodzili. Ale mądry był mądry, badać chciał, mierzyć. Kładkę z desek zrobił, brzegi dziury połączył i badał. Sznurki do środka spuszczał, latarnię zapaloną. I gadał do siebie ciągle. A może to z głosami z dziury rozprawiał? Cały dzień tak spędził i całą noc też było go słychać. Za to rano po mądrym nie było już śladu. Po kładce z desek też. I po dziurze. Tylko w trawie kawał miary sołtys znalazł, urwany taki, poszarpany. Bo jak Wędrująca Dziura przybywa, to nie odejdzie, póki się nie zapełni, panie nauczyciel.

Stanisław podszedł powoli do Magistra, stanął tuż przed nim i spojrzał głęboko w oczy.

– I co myślicie, panie nauczyciel, co my, biedne ludzie, mamy teraz począć? – mruknął, napierając szeroką piersią na wątłego okularnika. – Dziś dziura na dwa łokcie jest, ale jutro? Hm? Nie odejdzie, póki się nie napełni...

W nagłej ciszy dało się słyszeć najpierw głośno przełykaną ślinę, potem długo wypuszczane powietrze, a wreszcie stopniowo cichnący tupot butów, unoszących Magistra gdzieś w stronę horyzontu.

– Ale się kurzy, a od trzech miesięcy nie padało, hy, hy...

– Poprzedni wytrzymał dłużej...

– I to bez występu Wawroniowej. A w końcu kota do kapelusza przykleiła...

– Zabijcie w końcu tę dziurę dechami, bo jeszcze jakiś dzieciak nogę złamie...

– A mówią, że z pustego się nie naleje, a tu, proszę, dziura pusta, kieszeń pełna...

– Wygrani stawiają kolejkę!

Odpowiedzi

Fajne:)