Londyn, 1665

Autor: 
Ocena: 
9
Average: 9 (2 votes)

Sędziwy mężczyzna ze świecą w ręku sunął niczym cień między półkami. Wszystkie były wypełnione pożółkłymi zwojami pergaminu. Stare, zmęczone oczy błądziły po wyrytych pod nimi datach, tych sprzed jak i również po narodzinach Chrystusa, w poszukiwaniu bieżącej. Każdy regał miał przyporządkowaną dekadę. Starzec kluczył po bibliotecznym labiryncie przez długi czas. Stukanie butów odbijało się niekończącym echem. Zmarszczył brwi i cmoknął z irytacji, gdy znalazł się przy półce podpisanej datą „A. D. 1730”. Obrócił się, zamiatając płaszczem zakurzoną podłogę i skręcił w lewo. Kiedy znalazł regały z XVII wieku, przyśpieszył kroku.
Przystanął przy „A. D. 1660” i zawiesił świecę na wystającym kandelabrze. Wyciągnął ostrożnie dłoń po jeden z licznych zwojów i, chwyciwszy go opuszkami palców, wysunął do połowy, nie chcąc naruszyć konstrukcji ciasno upchanych pergaminów.
Zwój przypieczętowano lakiem i oznaczono drobnym pismem. Starzec sięgnął pod płaszcz po monokl i odczytał datę - „Maj, 1668”. Żachnął się i wcisnął zwój z powrotem na miejsce. Jego kościste palce zamknęły się na kolejnym pergaminie.
Po sprawdzeniu niespełna tuzina, w końcu trafił na poszukiwany dokument. „Wrzesień, 1665”. Był on większy od pozostałych. Kąciki warg mężczyzny drgnęły nerwowo, choć niektórzy mogliby to uznać za przelotny uśmiech.
Wyciągnąwszy zwój w całości, zbliżył się do świecy i złamał bezceremonialnie pieczęć. Rozwinął lekko pergamin i wytężył wzrok. W świetle dostrzegalne stało się bielmo pokrywające jedno oko starca.
Dokument stanowił nic innego jak spis imion i nazwisk, ciasno zbitych obok siebie, wykorzystujących każde wolne miejsce na zżółkniętym materiale.
Wzrok mężczyzny gonił imię za imieniem, nazwisko za nazwiskiem, a jego pomarszczona i poorana bruzdami twarz nie wyrażała zupełnie niczego. Zwinął po chwili pismo i wsunął je pod płaszcz. Na ciemnej tkaninie błyszczały w blasku świecy zaschnięte plamy brudu, niektóre przypominające odcieniem krew.
Starzec wydobył kieszonkowy, wykonany ze srebra zegarek, na wieczku którego widniała inskrypcja głosząca „Memento Mori” z wygrawerowanym poniżej motywem danse macabre.
Mężczyzna wpatrywał się w niego z ledwie dostrzegalnym uśmiechem, rozbawiony sposobem postrzegania śmierci przez gawiedź. Prędko jednak uniósł pokrywę zegarka i uśmiech spełzł mu z twarzy, gdy ujrzał godzinę wskazywaną przez złociste ramiona.
Odchrząknął i, zabrawszy ze sobą świecę, którą odstraszał cienie, ruszył niezliczonymi korytarzami ku wyjściu z posesji.
Osłonięty nocą Londyn tulił się już powoli do snu. Liście szeleściły pod stopami mężczyzny, a drzewa kołysały jednostajnie, chyląc ku niemu korony, gdy kroczył śmiało przez podwórze.
Przed bramą czekał na niego wóz. Czarna kareta ze złotymi elementami, bogato zdobiona na francuską modłę. Słowem, wóz godny szlachcica. Brakowało jednak woźnicy.
Starzec zbliżył się do ciągnących wóz koni, przedstawicieli rasy Shire. Dwa potężne i harde samce, parskające niespokojnie i strzygące uszami. Dopiero przyzwyczajone do panujących wokół ciemności oko mogło dostrzec pewien szczegół. Mianowicie, te dwie ogromne bestie nie miały oczu. Co więcej, w ich miejscu zionęła ciemność i strugi czarnego jak smoła dymu. Ten widok nie poruszył jednak starca w najmniejszym stopniu. Poklepał tylko bliższego olbrzyma po chrapach i dodał.
– Przed nami długa noc, przyjacielu. Wiele zbłąkanych dusz będzie się dzisiaj snuć po Londynie, czekając na naszą pomoc w dalszej wędrówce.
Na niebie zbierały się kłębiaste chmury, które zasłaniały gwiazdy. Sam księżyc z trudem się przez nie przebijał. Wiatr hulał coraz śmielej, podrywając w górę liście i niosąc ze sobą nieprzyjemny zapach. Odór stanowiący zły omen i łaskoczący dokuczliwie nozdrza przeciętnego człowieka, a zdający się być przyjemnym dla starca. Odór śmierci.
Zerknął on na zegarek po raz kolejny i, nie czekając na woźnicę, usadowił się w środku. Ledwie drzwiczki trzasnęły, a dwie bestie zerwały w górę łby i zarżały. Żwir strzelił spod kopyt rumaków, gdy te ruszyły galopem, jakby gonione przez samego diabła. Pędziły tak gościńcem, rozdzierając gniewnym rżeniem noc, a razem z nimi pędził wiatr, wyjąc żałobnie i przywodząc na myśl jęki nieszczęśników konających w agonii.
Nagle jednak, mknące w ciemnościach bestie i ciągnięty przez nie wóz rozpłynęły się we mgle. Nawet szalejący dotychczas wiatr ucichł. Po nich pozostały jedynie wzbite tumany kurzu, smugi smolistego dymu i odbijające się echem w oddali dzikie ryki. Śmierć rozpoczęła w ten sposób żniwa.