Horodżodża

Ocena: 
8.16667
Average: 8.2 (6 votes)

Historia horodżodży nie jest długa i sięga zaledwie roku 1923, kiedy to ofiarą pożaru pierwszego w Reykjaviku solarium padły, oprócz nowoczesnego sprzętu i mebli, również zakupy jednej z klientek – Soni van Dygest. Wydobyte ze zgliszczy zwęglone pozostałości  płóciennej torby kryły w sobie najprawdziwszy skarb – protoplastę nowoczesnej zapiekanki z rabarbaru, królika i śledzi, czyli horodżodży właśnie. Składniki owe niosła do domu zaskoczona przez płomienie elegantka, która udane zakupy na targu rybnym postanowiła ukoronować półgodziną sesją opalania pod sztucznym słońcem - amerykańskim wynalazkiem, dopiero co przybyłym do krainy wulkanów i gejzerów. 

Zrozpaczona, owinięta jedynie w prymitywną przodkinię folii życia, czyli drobną sieć na krewetki rzuconą przez miłosiernego rybaka, van Dygest poczęła nerwowo pogryzać zawartość swojej ociekającej wodą torby. Przechodzący obok gapie, strażacy i kapelani udzielający ofiarom pożaru ostatniej posługi nie mogli pojąć, skąd wziął się na jej twarzy pełen ekstazy wyraz. Zrozumieliby, gdyby opanowali wstręt i skosztowali odrażającej mazi, którą z zapamiętaniem przeżuwała, usiłując zagłuszyć przepełniające ją wstyd i poniżenie. Oświecenie przyszło do nich dużo później, nie uprzedzajmy jednak faktów.

Droga do sławy i bogactwa, w którą wyruszyła pechowa bywalczyni salonów piękności, wybrukowana była dobrymi chęciami i bolesnymi porażkami. Bezskutecznie usiłowała van Dygest odtworzyć smak odpychającej masy, która przyniosła jej ulgę i pocieszenie w te tragiczne, spędzone pod sinym, islandzkim niebem chwile, kiedy zdawało jej się, że całe miasto przepełnia odraza na widok jej bladej, ani trochę opalonej skóry przezierającej przez oka rybackiej sieci. Mimo wielu prób, zwieńczonych desperackim podpaleniem zaimprowizowanego solarium z torbą pełną tych samych składników, które gotowały się w piekielnym żarze solaryjnej pożogi, jej starania bezustannie paliły, nomen omen, na panewce. Żadnej z doświadczalnych zapiekanek nie dało się przełknąć, nie mówiąc już o osiągnięciu przy ich pomocy ekstazy lub chociażby zadowolenia.

Jak to w historii kulinarnych odkryć bywa, upragniony sukces okazał się dzieckiem przypadku, dyletanctwa służby i przeterminowanego sosu sojowego. Dwunastego stycznia 1947 roku van Dygest, wyczerpana i znużona wieloletnimi próbami rekonstrukcji niezapomnianego i jednocześnie niepowtarzalnego smaku, zasnęła nad leniwie pyrkoczącą kamionkowo-żeliwną misą nikomu jeszcze nieznanej marki Tata, wypełnioną po raz ostatni, jak sobie przyrzekła, mieszaniną króliczego mięsa, śledzi z porannego połowu oraz świeżego rabarbaru z przydomowego ogródka babci pastora Menchele. Kiedy się przebudziła, zaróżowioną porannym słońcem kuchnię wypełniał gęsty, mleczny opar. Przerażona, przekonana w sennym otumanieniu, że oto zaprzepaściła ostatnią szansę na sukces, rzuciła się ratować, co jeszcze mogła. Ku swemu bezbrzeżnemu zdumieniu, zanurzywszy w brunatnoburej brei łyżkę, napotkała ten sam niezapomniany opór, którego kiedyś doświadczyła, nabierając z poczerniałej torby ambrozji  pachnącej śledziowymi główkami i skarmelizowanym rabarbarem. Wtedy zrozumiała – poranna mgła ochłodziła gwałtownie rozżarzoną misę tak samo, jak niegdyś woda ze strażackich sikawek schłodziła jej torbę na zakupy. Przeterminowany sos sojowy doskonale zastąpił zaś aromat palonej islandzkiej sośniny, którą przesiąkł niedościgniony dotąd pierwowzór.

Rok później była już milionerką i celebrytką. Dopiero co wynaleziona kolorowa telewizja znalazła w niej pierwszą guru kulinarnych reality show, które nadały ton jedenastej muzie na nadchodzące dziesięciolecia. „Bezwzględna dyktatorka gastronomicznych mód” i „Vlad Palownik Islandzkich Barów szybkiej obsługi” to tylko niektóre z malowniczych epitetów, którymi określała ją skandynawska prasa bulwarowa i popołudniowa. W pełni zasłużonych epitetów, dodajmy. Jej bezwzględny osąd, cięty język i wyrafinowany gust zmieniły śmierdzący owczym serem kuchenny zaścianek Europy w wykwintne Lazurowe Wybrzeże północy, pachnące ostrygami, kiełkami bambusa i – oczywiście – setkami odmian horodżodży, która stała się znanym na cały świat symbolem Islandii. Najwyższym świadectwem poważania, jakim najstarszy nordycki lud darzy swą narodową potrawę jest umieszczenie jej w państwowym godle, tuż obok pingwina i strusia emu - dwóch innych, doskonale rozpoznawalnych, symboli  skutego wiecznymi lodami wyspiarskiego kraju.

Sonia van Dygest zmarła w wieku stu siedemnastu lat, zakrztusiwszy sie, a jakże, kawałkiem horodżodży. Jak twierdzą świadkowie tej uczczonej trzytygodniowym opuszczeniem flag państwowych tragedii, ostatnie tchnienie wydała z uśmiechem na ustach. Nic w tym dziwnego, bo czyż można wyobrazić sobie piękniejszą śmierć?