Nienaturalnie... spokojny

Ocena: 
0
Brak głosów

Nieśmiało zabębniłem w dębowe drzwi. Głuchy dźwięk rozniósł się po korytarzu, odbijając echem od ciemnych ścian. Z środka nie dobiegł mnie żaden dźwięk. Nieswojo poczułem się wchodząc bez zaproszenia. Mimo, że byłem tu już setki razy, poczułem się obco.

Przedpokój pogrążony był w ciemnościach. Nie zapalałem światła. Doskonale wiedziałem, gdzie się, co znajduje. Przeszedłem do salonu pogrążonego w półmroku. Tlący się żar w ceglanym kominku rzucał bladą poświatę na ściany pomieszczenia.

Jedynie oczami wyobraźni mogłem zobaczyć wystrój salonu: dębowe półki z obłożonymi skórą książkami, szaro-niebieski mebel przy kominku i puszysty dywan pod stopami zatopionego w fotelu mężczyzny, którego także teraz nie zabrakło.

Twarzy siedzącego nie widziałem. Drżący płomień w kominku oświetlał jedynie jego lewą rękę, którą gładziła chropowaty grzbiet szarego gada, usadowionego na oparciu obok niego.

- Mistrzu? - Zacząłem nieśmiało, wciąż stojąc kilka kroków za fotelem. Nie wiedząc czemu, bałem się podejść.

- Mistrzu? - Powtórzyłem, lecz znów odpowiedziała mi tylko cisza i ciemność. Głos mi się lekko załamywał i drżał.

Dłoń mężczyzny nagle znieruchomiała. Agama leżąca na oparciu fotela, zeskoczyła i położyła się w kręgu ciepła kominka, wtulając w miękki dywan.

Mężczyzna zadarł lekko głowę, jakby chciał spojrzeć na niewidoczny w mroku fresk na suficie.

- Dziś nie mam czasu - odparł po chwili, znów opuszczając głowę. - Przyjdź jutro…

- Ale mistrzu. Zastrzegałeś sobie…

- Jutro! - Powtórzył z nuta złości w głosie. Po raz drugi nie odważyłem się sprzeciwić.

Gdy już się wycofywałem, nie wiedzieć czemu, moją uwagą przykuł rozżarzony pogrzebacz, zatopiony w czarnych węgielkach w kominku. Obok, oprócz jaszczurki, leżało coś jeszcze. Jakieś nieregularne kształty. Jakby rozrzucone, na wpół okryte mrokiem ubrania. To nie było w stylu mojego mistrza.

Zrobiłem krok do tyłu. Gdy odwróciłem się, by ruszyć do drzwi, z mroku przede mną wyłoniła się para czerwonych oczu. Stanąłem.

Pełzając po podłodze zbliżało się ku mnie coś dużego. Powoli z mroku wyłoniła się pokryta łuskami i kolcami głowa, której ślepia wlepione były w moją zastygniętą w pół ruchu sylwetkę. Potem tułów. Łapy.

- Idź już… - dobiegł mnie zza pleców ostry głos mistrza. Zrobiłem długi krok nad półmetrowym gadem i szybkim krokiem wyszedłem przez drewniane drzwi.

Znów stanąłem na oświetlanym przez energooszczędne żarówki korytarzu. Po krótkiej chwili byłem już na zewnątrz. Śnieg zacinał niemiłosiernie.

***

- Dobrze pan znał tego faceta z jaszczurką? - Spytał mnie na niebiesko ubrany aspirant, popijając ciepłą herbatę w moim mieszkaniu. Zagadnął mnie po rosyjsku.

- Praktycznie wcale… - odparłem w tym samym języku.  - Widywaliśmy się sporadycznie. Czasem wymienialiśmy się książkami.

- A gdy był pan wczoraj u niego to… nie spostrzegła pan czegoś… czegoś dziwnego? - Milicjant poprawił czerwoną opaskę na ramieniu, poczym znów utkwił wzrok w mojej twarzy.

- Owszem… - zrobiłem łyk gorącej herbaty. - Wczoraj był jakiś nienaturalnie… spokojny.

- Hm… - milicjant zamyślił się. - Czy według pana on  m ó g ł  zabić tą kobietę?

- Skąd! - Oburzyłem się. - On by nawet muchy nie skrzywdził.

Mężczyzna nie wyglądał na pocieszonego.

Zrobiłem kolejny łyk ciemnego płynu, po czym z prawie niewidocznym uśmiechem i spokojnym już głosem, dodałem:

- Może obierze pan sobie jeszcze jedną pomarańczkę, panie aspirancie?