Dwie czarne plamy

Ocena: 
0
Brak głosów

Wąskie, podłużne okienko. Tuż nad ziemią.

W długim, wielkopłytowym bloku było ich kilkanaście, dla mnie jednak liczyło się to jedno. Wyglądało inaczej niż ćwierć wieku temu. Kiedyś zaniedbane, z zaledwie połową brudnej szyby, teraz wyglądało solidnie i szczelnie.

Zbliżyłem się, przemykając pod balkonami parteru, szybko, nie chcąc zwracać niczyjej uwagi. Zajrzałem do środka.

Światło popołudniowego słońca wpadało do wąskiego zaułka piwnicy i oświetlało przeciwległą ścianę, niknącą po bokach w mroku korytarza.

Nie było ich!


Nigdy nie wiedziałem skąd wzięły się opowieści o dwóch czarnych plamach na ścianie piwnicy w bloku mojej babci. Po prostu były, przekazywane na podwórku z ust do ust, w podnieceniu i tajemnicy.

"To znak boboków",

"Pojawiają się w miejscach śmierci",

"To ICH oczy",

"Atakują, gdy ktoś się zbliży...",

"... ktoś, kto wie...",

"... nienawidzą dzieci".

Nie pamiętam też jak długo żył wśród nas podwórkowy mit. Czasami zdaje mi się, jakby trwało to przez połowę mojego dzieciństwa, choć pewnie było to zaledwie jedno lato. Nie zliczę ile razy zakradaliśmy się do piwnicznego okna aby w skupieniu i ciszy obserwować czarne plamy na betonowej ścianie, czuć ich milczącą, przerażającą siłę, wypatrywać czających się boboków.

Aż do czasu, gdy zdarzyło się całe zło...

Teraz to nieistotne, czy chodziło o obalenie legendy, o demonstrację odwagi, czy o zakład, ale to właśnie Marek, najmłodszy i najmniejszy z blokowej paczki, zapragnął zmierzyć się z ponurym mitem. Kiedy znikał w drzwiach, za którymi zaczynał się piwniczny korytarz, żegnaliśmy go jak bohatera, z przejęciem, ale i szczerym podziwem, by zaraz potem szybko pobiec do wąskiego okienka.

Kucając, nasłuchiwaliśmy i czekaliśmy aż wyłoni się z mroku przy złowieszczych znakach na ścianie. Nie umiem powiedzieć, jak długo to trwało, pamiętam jedynie, że gdy po jakimś czasie nisko w piwnicy pojawiła się mała sylwetka, drgnęliśmy w krótkiej chwili strachu.

Marek stanął tuż przy plamach!

Pamiętam jego twarz, bladą, z mieszaniną obawy i rodzącego się tryumfu. Skinął nam, po czym na chwilę spojrzał w ciemność korytarza. W jedną, potem w drugą stronę.

Chwilę później nie był już sobą. Z jego ust wydobył się suchy, okropny charkot, jakby struny głosowe odmówiły mu posłuszeństwa.

Rzucił się w naszym kierunku z twarzą wykrzywioną nieludzkim grymasem, a my, przerażeni, odskoczyliśmy gwałtownie, przewracając się na trawie pod blokiem.

Z wąskiej ramy piwnicznego okna, poprzez resztki szyby, wyskoczyła na nas zakrwawiona maska upiora. Wielkie oczy raziły szaleństwem, spomiędzy wyszczerzonych zębów wydobywał się bezładny ryk. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to Marek. Pęknięta szyba pocięła go, gdy zawisł, przeciskając się w panice przez ramę okna.

Uciekliśmy...


... wróciłem w to miejsce dopiero teraz, po śmierci babci porządkując jej mieszkanie. I choć minęło ćwierć wieku, zanim zszedłem na dół aby otworzyć i przejrzeć piwnicę, musiałem zajrzeć przez okno. Kiedyś widoczna przez nie ściana miała barwę betonu. Teraz była biała. Nieskazitelnie biała... Dwie czarme plamy znikły!

Uspokoiłem w sobie irracjonalny, wstydliwy lęk.

Chwilę później szedłem wzdłuż nierównego muru niknącego w mroku korytarza. Suche powietrze drażniło nos i oczy. Mijałem kolejne zaułki, zakończone wąskimi okienkami, tuż przy suficie. Zbliżałem się.

Wreszcie stanąłem w miejscu, w którym kiedyś straszyło dwoje mrocznych oczu. Mimowolnie próbowałem odnaleźć je pod warstwą farby. Na próżno.

Odetchnąłem i spojrzałem w bok. Zamarłem.

Na białej ścianie dwie plamy odcinały się najczarniejszą z czerni.

Tuż pod oknem.