Człowiek – winogron

Ocena: 
6.25
Average: 6.3 (4 votes)

Jedno, najwcześniejsze i najbardziej przerażające wspomnienie z dzieciństwa Teodora dotyczyło pestek. To właśnie pestki wszelkich owoców wywoływały w nim wszechogarniający strach, to one były bohaterami jego nocnych koszmarów i to one wpędziły go w chorobę psychiczną. Tu, w szpitalu psychiatrycznym im. U. Cerlettiego, czuł się wreszcie bezpieczny. Dostawał swoje pastylki i miał swój pokój. Poznał nawet kilka znanych osobistości – Churchilla, Ghandiego i ukrywającego się przed fanami żywego Michaela Jacksona.

Gdy był mały i jadł jabłka lub czereśnie, jego babcia zawsze mawiała: „Wypluwaj pestki, Teodor”. Tylko raz zapytał, dlaczego; odpowiedź na to pytanie przeraziła młodego chłopca tak bardzo, że już nigdy więcej nie zjadł żadnego owocu, a arbuzy wywoływały w nim napady histerii.

Końcem upalnego lata dziewięćdziesiątego trzeciego raczył podniebienie śliwką węgierką. Zjadł miąższ i ciućkał pestkę. Miał jedynie trzy latka, mama zatem panicznie bała się, iż może połknąć pestkę i się nią udławić. Wtedy babcia stanęła na wysokości zadania i powiedziała:

– Wypluj tę pestkę, Teodor.

Chłopiec, wciąż ją ciućkając, zapytał:

– Dlaczego, babciu?

– Bo jak ją połkniesz, to ci śliwka w brzuchu urośnie!

Teodor tak się zląkł, że istotnie połknął pestkę z przerażenia i zadławił się. Mocny chwyt babci, która była dwa razy większa od dziadka w bicepsie, a biodra miała wielkości starej maciory, omal nie złamał mu żeber. Wypluł jednak tę pestkę, choć jego twarz zdążyła się zrobić fioletowa – dokładnie koloru zjedzonej śliwki. Chłopiec by o tym nie wiedział, gdyby, krztusząc się, nie spojrzał w małe lustro wiszące na ścianie. Zrozumiał wtedy, jak blisko był od stania się nawozem dla wielkiego drzewa owocowego – ledwie pestka weszła do gardła, a już zaczął zmieniać kolor.

To traumatyczne przeżycie, w czasie którego omal nie pożegnał się z tym światem, pozostawiło po sobie mocną bliznę na psychice młodego chłopca. Wspomnienie, wciąż pielęgnowane, doprowadziło go tutaj – jego paniczny lęk przed staniem się żywą pożywką dla nasiona jakiegokolwiek owocu sprawił, że chłopiec nie był w stanie funkcjonować samodzielnie. Obawiał się nawet drobnych nasion pylących kwiatów i drzew w czasie wiosennym, przez co w ośrodku psychiatrycznym jego przypadłość została zdiagnozowana jako botanofobia, strach przed roślinami. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, że lęk chłopca jest jak najbardziej uzasadniony.

Z okazji swoich dwudziestych trzecich urodzin Teodor wyszedł na przepustkę. Powrócił do domu rodzinnego, w którym czekały na niego mama, babcia i dwie siostry. Młody mężczyzna bardzo się cieszył na spotkanie, i tym razem chęć powrotu do domu była silniejsza od strachu przed pyłkami. Asekuracyjnie założył jednak maseczkę chirurgiczną, która zapewniła mu bezpieczeństwo.

Mama upiekła dla syna tort śmietankowy z galaretką i owocami. Bardzo chciała, by syn skosztował tego, czego unikał – zależało jej, by Teodor dostarczył swojemu organizmowi witamin pochodzenia naturalnego, które były znacznie lepsze i zdrowsze od tych przyjmowanych w tabletkach. Upewniła się, że wybrała wszystkie pestki z winogron, nim zalała owoce galaretką – nie chciała chłopaka przestraszyć.

Teodor z rezerwą, lecz zjadł kawałek tortu. Niezwykle mu smakował! Spędził cudowny dzień z rodziną i gdy wrócił do szpitala, poczuł smutek. Może jednak czas uporać się z irracjonalnym lękiem i spróbować wrócić do normalnego życia?

Następnego dnia chłopiec obudził się z bólem brzucha. Pewien, że zaszkodziła mu śmietana z tortowego kremu, nie zgłosił się do lekarza. Z pewnością nie chciał, by teraz – kiedy postanowił wyzdrowieć – do listy jego chorób psychicznych dopisano jeszcze hipochondrię.

Ból brzucha jednak nie mijał. Po kilku godzinach brzuch Teodora był wzdęty i twardy, a chłopiec miał uczucie, jakby coś rozpierało jego wnętrzności. Kilkakrotnie kasłał krwią – to nie był dobry znak. Postanowił, że jeśli do następnego dnia mu nie przejdzie, zgłosi się do medyka.

Następnego dnia jednak nie dożył.

Nocą, tuż po zgaszeniu świateł, Teodor zaczął się dusić. Przez jego płuca przedzierały się liczne gałęzie, torując sobie drogę do wolności. Twarde, łykowate pędy wypuszczały się, zgodnie z kierunkiem fototaksji, w górę, rozrywając tkanki płuc, mięśnie, przebijając się przez kości. Wreszcie przedarły się przez gardło do wytęsknionych otworów – z nosa chłopca wyrosły bujne, mocno zielone ulistnione pędy, otoczone cząstkami szarej masy mózgowej. Z oczu wytrysnęła krew i fragmenty mięśni gałki ocznej, przebitej od wewnątrz długopędami, wyrastającymi z pąków kątowych umiejscowionych w móżdżku. Błony bębenkowe przebiły krótkopędy, wydające niemal natychmiast skrętoległe, długoogonkowe liście barwy soczystej trawy; pnącze wciąż nie przestawało rosnąć, karmiąc się martwym już – ale wciąż pożywnym – ciałem Teodora.

Okazało się, że mama chłopca przegapiła jedną, maleńką pestkę podczas wydrążania winogron. A więc babcia miała rację…

Odpowiedzi

Napisane poprawnie, ale...
- Jeśli to miało być bizarro, to za mało bizarro.
- JeSli to nie miało być bizarro, to końcówka tak trochę, jak to się mówi, "od czapy".