Edward

Ocena: 
8.14286
Average: 8.1 (7 votes)

Edwarda znalazłem w puszce paprykarzu szczecińskiego, którą kupiłem z zamiarem wmówienia mojemu żołądkowi, że trawi pełnowartościowy i pożywny, choć ledwie jednodaniowy, obiad. Kiedy oderwałem srebrzyste, cynkowane wieczko, ujrzałem wśród czerwonawej masy złożonej z łusek cebuli, ziarenek ryżu i rybich wnętrzności wpatrzone we mnie błękitne oko z jedną tylko powieką  i kanalikiem łzowym. Mrugnęło dwa razy i zdało mi się, że słyszę westchnienie ulgi, jak gdyby ktoś chciał powiedzieć „nareszcie!”. Puszka wypadła mi z rąk. Żeby dać światu okazję do powrotu na właściwe tory, spojrzałem na sufit i policzyłem do dwudziestu.

Niestety, kiedy ufnie schyliłem się, żeby zebrać niedoszły obiad z nieodpowiedzialnie białych kafli kuchennej podłogi, oko dalej tam było. Opłukałem je starannie z resztek paprykarzu i włożyłem delikatnie do szklanki z czystą wodą źródlaną (po złoty pięćdziesiąt za półtora litra w osiedlowym markecie, promocja!).

Postanowiłem dać mu na imię Edward.

Mógłbym tak siedzieć bez końca, obserwując, jak unosi się w przejrzystej toni i zerka ciekawie, mrugając czasami. Burczenie w brzuchu przywróciło mnie jednak światu i kolejne dwie godziny spędziłem gotując, a następnie konsumując, rosół na szynce wędzonej i korzeniu pietruszki, bardzo aromatyczny zresztą, choć cienki, a nawet wodnisty. Kiedy posprzątałem kuchnię i przedpokój (zawsze zbyt energicznie obieram włoszczyznę) i wróciłem do mojego nowego przyjaciela, przeżyłem prawdziwy szok: Edward był spuchnięty i napęczniały, a błękit jego rozciągniętej monstrualnie tęczówki wyblakł w marny cień soczystej jeszcze niedawno barwy. Natychmiast zrozumiałem swój błąd: ciśnienie osmotyczne wody było dużo niższe niż cieczy wodnistej wypełniającej gałkę oczną! Gdybym zdecydował się, jak najpierw planowałem, pójść do mięsnego po kostki kurczaka, Edward wybuchłby, rozsadzony wdzierającą się do jego wnętrza wodą!

Następnego dnia na pchlim targu kupiłem starą bańkę, z tych kiedyś stawianych mi na plecach przez ciotkę babci mojego wujka, która samą siebie zwała szeptuchą, a na którą wszyscy mówili po prostu „ta stara wariatka”. U tego samego zasuszonego i śmierdzącego naftaliną i lawendą handlarza staroci znalazłem kolekcję dwustu kapsli od śmietany z lat 1978-1983, zaś w pobliskim sklepie z materiałami fotograficznymi i dekarskimi nabyłem dwa litry gliceryny czystości niemal fizjologicznej. Z tych trzech komponentów codziennie rano tworzyłem od nowa czyste środowisko dla Edwarda – przelewałem go na moment do kieliszka na koniak, wlewałem do bańki czystej gliceryny, dosypywałem dwieście trzynaście kryształków soli, przekładałem oko z powrotem, okapawszy je nad zlewem ze zużytego już płynu i zaciskałem na bańce kolejny, czysty kapsel od śmietany. Następnie stawiałem Edwarda na parapecie i wychodziłem do pracy.

Nie powiem, że zawsze żyliśmy w zgodzie. Choć spędzaliśmy razem dużo czasu, spacerując po zoo i ogrodzie botanicznym, niekiedy jego zatwardziałe milczenie irytowało mnie. Nie tylko nie przyznał mi ani razu racji, ale też nigdy się nie pokłócił! Gapił się wyzywająco, a ja mogłem co najwyżej tupać z bezsilności. W takich chwilach błąkały się po mojej głowie niegodziwe myśli, nie jestem przecież aniołem. Zdarzało mi się nawet zamknąć go w kredensie, ale złość szybko mijała i godziliśmy się, oglądając razem „Strefę zmroku” albo „Archiwum X”. Stawiałem go potem w nocy w sypialni, żeby nie bał się spać sam. Dlatego właśnie tak ranią mnie oskarżenia, które oszczercy rozpowszechniali po tym, co miało miejsce równo cztery miesiące po przybyciu Edwarda do mojego domu.

Nigdy nie zapomnę tych tragicznych chwil – ich wspomnienia, zapisy fotograficznej niemal dokładności wykwitają przed moimi oczami, kiedy tylko zamknę powieki, jak gdyby jakiś demon chciał zadręczyć mnie wyrzutami sumienia i poczuciem winy. Mogłem wyrazić się dokładniej, powstrzymać od używania potoczności, jak to sobie zawsze obiecywałem. Niestety, moja słaba wola wybrała sobie na ofiarę istotę niewinną i bezbronną – Edwarda właśnie.

A przecież tak być nie musiało. Gdybym tylko użył innych słów w tej złej chwili. Gdybym nie był hipochondrykiem i nie wzywał z byle okazji mojego ojca, żeby popilnował Edwarda, kiedy wydawał mi się przygnębiony i przepełniony samobójczymi myślami, a ja musiałem iść do pracy! I gdybym, wreszcie, nie wagarował i uczęszczał na lekcje wychowania fizycznego, zwłaszcza te poświęcone piłce ręcznej i ping-pongowi? Edward żyłby dalej.

Bo czyż naprawdę nie mogłem pomyśleć logicznie, kiedy nie udało mi się odpalić rano samochodu? I czy wiedząc, że mój ojciec patrzy z kuchennego okna, nie mogłem unieść się honorem i samemu znaleźć usterkę, zamiast krzyknąć lekkomyślnie:

– Tato, czy mógłbyś rzucić tutaj okiem?!

Odpowiedzi

Istvan lubi wkurzać czytelnika ;) Fajny Bizarrowski klimacik i dobre, heh, zakończenie.
Pozdrawiam.

...znakomita opowieść, gdyby nie jeden błąd narracyjny. "Postanowiłem dać mu na imię Edward". Wcześniej ojciec nie miał imienia? Inaczej chyba należało sformułować to zdanie - a to zdanie ma kluczowe znaczenie - bo obie części opowieści: opisowa i końcowa, nie współgrają ze sobą.
Szkoda.
Nawet - a może przede wszystkim - historia purnonsensowna rządzi się wewnętrzną logiką.
Ale tekst napisany bardzo dobrze.

Fort, jaki ojciec?

bardzo ładnie

...wielce szanowny Autorze, ale nie zwróciłem uwagi na jedno zdanie - że bohater poprosił ojca, aby pilnował Edwarda. Jakoś umknęło mojej uwadze. Moja wina. Wszystko jest w klasie, a pierwszy mój komentarz za to jest całkowicie chybiony.
Chociaż, z drugiej strony, gdyby bohater w tej puszce z paprykarzem znalazł oko ojca... Nieważne.
Proszę o wybaczenie.
Serdeczne pozdrówko.

:):)Dziekuje za czytanie :)

Można było w sumie spodziewać się głębszego spojrzenia w temat interakcji oko-człowiek, ale przymykam oko na ten brak i daję 9/10 ;)

Fajne!