Proroctwo muchy

Ocena: 
9
Average: 9 (1 vote)

Dziś wieczorem na mojej kanapce z serem wylądowała mucha. Kiedy już oczyściła czułki z majonezu, spojrzała na mnie i poleciła konspiracyjnym szeptem, żebym udał się do najbliższego McDonalda, kupił największy zestaw z kanapką i frytkami, a potem zabił pierwszą osobę, którą zobaczę, wychodząc z baru. Będzie to mesjasz nowej religii, która, jeśli nie podejmę się interwencji, w ciągu pięciu lat doprowadzi nasz kraj do ruiny.

Kciukiem rozgniotłem owada i wyrzuciłem kanapkę razem z talerzykiem za okno. I tak cały dzień padał śnieg. Wziąłem zimny prysznic, żeby ujędrnić ginekomastyczny biust i pobudzić krążenie krwi w podudziach, a potem, założywszy szlafrok, karakułowe futro i kalosze rybackie mojego ojca udałem się do najbliższego baru spod znaku złotej litery "M".

– Czy macie zestaw z filetem z mintaja? – zagadnąłem pryszczatego kasjera, rozglądając się niespokojnie i wypatrując mesjasza nowej religii.

– Ze spajdermenem czy pokahontas? – odparł sprzedawca nieobecnym głosem, nie przestając obgryzać paznokci.

Odepchnąłem od siebie kuszącą myśl, że może to właśnie jego mam zlikwidować i powstrzymałem się od posłania mu morderczego spojrzenia. Nie chciałem zdejmować ciemnych okularów. Pomarańczowe światło latarni raziło okrutnie, odbijając się od wysokich, masywnych śnieżnych zasp, więc oczy miałem czerwone i pełne łez.

– Z majonezem i frytkami – rzuciłem ripostą, siląc się na zimny, pełen bezinteresownego okrucieństwa ton. Niech się boi, chłopczyna. Kto wie, czy to jednak nie on?

Kiedy sprzedawca rzucił na ladę torbę z szarego, szeleszczącego papieru, opadły mnie wątpliwości. Przecież to wszystko wariactwo. Wystarczy słówko od byle muchy, a ja gotów jestem popełniać seryjne morderstwa z premedytacją? I po co, żeby zbawić świat? A kto mi zapłaci? Kto się odwdzięczy?

– I czy ten świat chce zbawić mnie?! – wydałem z siebie zduszony krzyk. Pryszczaty sapnął i skrył się za kontuarem, udając, że szuka keczupu albo czegoś równie nieprzydatnego. Kij mu w odbyt, niech sam się udławi, nie miałem zamiaru brudzić rąk jego śliną.

Sięgnąłem gorącą frytkę ze skrytego w szarej torbie pudełka i, żując ją tak flegmatycznie, jak tylko się dało, pchnąłem mocno drzwi. Gdyby nie ciemne okulary, światło latarń na pewno by mnie oślepiło, a tak mogłem śmiało spojrzeć światu w twarz.

Miała wodniste oczy koloru wyblakłego nieba i głębokie zmarszczki dwustuletniej, co najmniej, staruszki. Zachwiała się, uderzona drzwiami, ale utrzymała równowagę. Czy to już? Czy to właśnie była osoba, o której głosiło proroctwo muchy?

Nie zastanawiając się wiele, sięgnąłem do torby i zacisnąłem dłoń na rybnym hamburgerze. Teraz albo nigdy. Nie mogłem lekceważyć przeznaczenia, jeśli nie chciałem, żeby ono zlekceważyło mnie.

– Proszę, na pewno jest pani głodna – zaproponowałem starowince posiłek, ostatni już w jej długim życiu. Nie ułożyłem wcześniej scenariusza, nie miałem planu B, musiałem improwizować. Prowadziło mnie proroctwo. Ufałem mu.

Zaskoczenie bezinteresowną erupcją empatii zakwitło na pomarszczonej twarzy. Starowinka, nie myśląc chyba zbyt wiele, wyciągnęła w moim kierunku dłoń, wyrwała przynętę i wepchnęła niemal w całości do szeroko otwartych ust. Musiała chyba wystawić żuchwę z zawiasów! Jak boa dusiciel albo ważka. Trwała tak, zdziwiona swoją zachłannością, a oczy wychodziły jej z orbit. Czyżby w filecie znalazła się ość?

Usiłując nie zawyć tryumfalnie, podciągnąłem kalosze, bo zaczęły fałdować się nad kolanami (schudłem ostatnimi czasy i uda nie dawały ściągaczom już wystarczającego oparcia). Oto wypełnia się proroctwo!

Nie dane mi jednak było nasycić się widokiem z każdą chwilą coraz bardziej siniejącej staruszki. Uderzenie w plecy pozbawiło mnie tchu, a kiedy go wreszcie odzyskałem i z oczu ustąpiła mgła, ujrzałem pryszczatego , przytulonego od tyłu do kobieciny. Założył dłonie na jej brzuchu i zaciskał je rytmicznie.

– Precz! – krzyknąłem, lecz on nie przestał. – Nie możesz przeciwstawić się proroctwu Muchy!

Próbowałem podbiec do nich, lecz zaplątałem się w poły szlafroka, a na dodatek pośliznąłem się na szczątkach rybnego hamburgera.

Kiedy w końcu pozbierałem z chodnika godność i drobne monety, które wypadły z kieszeni futra, staruszka zniknęła już w ciepłym wnętrzu baru, podtrzymywana troskliwie przez sprzedawcę.

– A co z porządkiem świata! – krzyknąłem za nimi, pomimo dojmującego uczucia porażki. Zawiodłem przecież, jak snajper, który przepuścił tę jedną, właściwą szansę na strzał. – Jeszcze pożałujecie, kiedy wszystko runie! Jeszcze się zdziwicie i zapytacie „Dlaczego?”. Nie pomogę wam wtedy! 

Splunąłem goryczą i w tym momencie pojąłem, jak bardzo się pomyliłem.

Jeszcze nie wszystko było stracone!

Przecież wychodząc z baru zobaczyłem kogoś zupełnie innego, nie zwróciłem jednak na tę osobę uwagi. Ze skromności. Z pokory. Z głębokiej, nieuleczalnej głupoty.

W szklanych drzwiach ujrzałem przecież swoje odbicie.

To ja byłem mesjaszem.

I to siebie miałem zabić. Tak zażądała mucha, a skoro jej posłuchałem, musiałem rzecz doprowadzić do końca. Nie zastanawiając się ani chwili, pobiegłem do skrzyżowania, akurat światło się zmieniało. Akurat zaczynało się czerwone. I akurat nadjechała śmieciarka pomalowana na siedem kolorów tęczy.

To dla was, ludzie, którzy mnie nienawidzicie, nie rozumiecie lub po prostu nie znacie!, pomyślałem.

– Dla was, tato i mamo – krzyknąłem. –  Żeby żaden fałszywy mesjasz nie popsuł wam planów na sądzie ostatecznym!

Wyczekałem, aż ciężarówka znalazła się tuż przed pasami i skoczy

Odpowiedzi

Znowu szort Istvana urywa się niespodziewanie :)

Dobre :) Dobre :) Dobre :)

Dziękuję :)