Wynalazek

Ocena: 
0
Brak głosów

Ted Sparrowhawk usiadł na krześle i nerwowo spojrzał na trzech oficerów. Z ich twarzy trudno było cokolwiek wyczytać. Byli wręcz doskonale obojętni, identycznie jak w trakcie wszystkich męczących spotkań i przesłuchań, które odbywały się przez ostatnie cztery tygodnie.

– Doktorze Sparrowhawk – rozpoczął przewodniczący komisji, pułkownik Brown. – Po wnikliwym przeanalizowaniu dokumentacji i wszystkich złożonych przez pana wyjaśnień oraz przeprowadzeniu prób poligonowych podjęliśmy decyzję.

Ted siedział jak na szpilkach.

Szereg afer korupcyjnych, które wstrząsnęły Departamentem Logistyki Pentagonu, zaskutkował wieloma wzmożonymi i surowymi kontrolami. Te oczywiście przyniosły żniwo w postaci wykrycia kolejnych nieprawidłowości. Setki oficerów odpowiedzialnych za zakupy sprzętu dla armii poszło na zieloną trawkę, dziesiątki wylądowały w Leavenworth. I w zasadzie dobrze, przynajmniej zdaniem Teda, bo to co się wyrabiało, przechodziło ludzkie pojęcie. Ustawiane i przekręcane przetargi, łapówki…

Niestety Departamentowi podlegały też finansowane przez Pentagon projekty badawcze i rozwojowe. Wśród nich również pomysł Teda, koncept, który obmyślił pracując jako inżynier w fabryce pralek, i z którym zgłosił się do armii. Dostał pomieszczenia laboratoryjne, urządzenia, materiały, pracowników i poligon do prób, wszystko na koszt armii. Pieniądze nie były wielkie, ale w przypadku osiągnięcia dobrych wyników mógł liczyć na wdrożenie pomysłu w fabryce zbrojeniowej, pracę głównego inżyniera produktowego i oczywiście autorstwo projektu.

Jednak kontrole objęły również prace badawczo rozwojowe finansowane przez Departament. Wzięły się za to dwie równorzędne komisje. Przez pół roku uwaliły dziesiątki projektów rozwojowych! Wiele z nich było Tedowi pobieżnie znanych i wcale nie robiły wrażenia pobożnych życzeń. Wiele było bardzo zaawansowanych. A oni… eeeech.

– Jesteśmy pod wrażeniem pana osiągnięć. W przeciwieństwie do wielu bezwartościowych projektów finansowanych przez pion logistyki Pentagonu, które musieliśmy wstrzymać, pański wzbudził nasze zainteresowanie. Pomysł, by wyeliminować napęd prochowy w broni strzeleckiej i zastąpić go elektromagnesami, które nadadzą pociskowi odpowiednią prędkość „ciągnąc” go przez lufę, uważamy za genialny. Rozwiązując problemy, jakie napotkał pan w trakcie badań, osiągnął pan przełom w nauce w wielu kwestiach! Jak choćby odkrycie, w jaki sposób wzbudzić w elektromagnesie pole obojętne magnetycznie, neutralizujące inne pola w pobliżu. Albo elektronika sterująca, majstersztyk! A ten stop do budowy pocisków, idealne właściwości magnetyczne, fantastyczne! Brak hałasu, w porównaniu z normalnym karabinem – broń praktycznie bezgłośna! No i właściwości balistyczne, fenomenalny zasięg… Niestety, podejmując decyzję komisja musi brać pod uwagę również inne czynniki. Z tego względu zdecydowaliśmy o zamknięciu pańskiego projektu.

– Słucham? Ale… dlaczego?

– Cóż… Nie rozwiązał pan satysfakcjonująco problemu zasilania. Akumulator czołgowy starczy na ledwie trzysta strzałów, małe, przemysłowe ogniwa akumulatorowe nie więcej niż na dziesięć i to te najbardziej wydajne. Wiemy, że zdołałby pan zmniejszyć rozmiary i masę karabinu, ale energochłonności – nie. Wynalazek mógłby służyć tylko, jako stacjonarny punkt ogniowy podłączony do sieci elektrycznej. Inaczej żołnierz musiałby nosić mnóstwo akumulatorów i często je zmieniać. A czas na ich ładowanie? Niepraktyczne. Takiej broni nie potrzebujemy.

Ted zaniemówił. Przecież jeden z równoległych projektów obejmował badania nad nowymi ogniwami elektrycznymi, litowo-żelazowymi z dodatkiem miedzi, które miały większą pojemność a dzięki lepszej charakterystyce wydajności prądowej przewyższały tradycyjne ogniwa trzy, a nawet czterokrotnie. Można było je też ładować prądem o wyższym amperarzu co skracało czas do kilkunastu minut!

– Przecież…

– Co ważniejsze, nie wziął pan w ogóle pod uwagę skutków ekonomicznych, jakie przyniesie krach korporacji zajmujących się produkcją tradycyjnej amunicji prochowej. Duże ruchy na giełdzie, zwolnienia grupowe, strajki, pomyślał pan o tym?

– No, więc…

– Panie doktorze, zamykamy projekt! A że to wojsko go finansowało, więc pozostaje właścicielem praw wynalazczych z nim związanych.

– Zabieracie mi to, co już osiągnąłem? Nawet bez możliwości kontynuowania badań? To nie w porządku! Gdyby projekt się zakończył, ja byłbym autorem wynalazku a armia miałaby prawa licencyjne! Mógłbym wtedy prowadzić badania równoległe albo sprzedać niektóre rozwiązania w sektorze cywilnym. To MÓJ pomysł a wy zostawiacie mnie z niczym!?

Oficerowie wymienili spojrzenia.

– Dobrze, doktorze Sparrowhawk. Mamy prawo zaproponować panu satysfakcjonujące rozwiązanie. Armia zainwestowała ponad pół miliona dolarów. Jeśli zwróci pan tą kwotę, będzie pan właścicielem praw do projektu. Decyduje się pan?

*     *     *

– Spokojnie, mam oryginał dokumentacji.

Siedzieli w obskurnym, przydrożnym barze dla kierowców ciężarówek, zapewniającym doskonałą anonimowość.

– Pomówmy o cenie.

– Dziesięć baniek. Na koncie w Szwajcarii.

– Jutro dostanie pan numer i hasło do konta.

– Czyli wszystko załatwione.

– Interesy z panem to przyjemność, doktorze. Tym bardziej, że… co za broń! Insza'allah, dobrze ją wykorzystamy!