Co za dużo...

Ocena: 
7
Average: 7 (2 votes)

– Wynijdź, smoku!

            Dźwięczny i mocny głos należał do rycerza czekającego w gotowości na skraju polany. Choć otwór w skale, prowadzący do pieczary, niezmiennie zionął pustką, rycerz stał już w wystudiowanej bojowej pozie, z uniesionym mieczem i tarczą.

– Pokaż się, bestyjo ohydna!

Spod uniesionej przyłbicy wyglądała mężna twarz dwudziestokilkuletniego młodzika. Męstwu temu przeczyło nieco brzęczące drżenie rycerskich kolan, na szczęście słyszalne jedynie z bardzo, bardzo bliska. Rycerz wielce był z tego kontent, gdyż ową bojową postawę utrzymywał nie ze względu na niewidocznego smoka, a bardziej na sługę ukrywającego się tchórzliwie wraz z wierzchowcami za najbliższymi pniami drzew.

– Wyjdźże, gadzie! Ja, hrabia de Montagne, wyzywam cię na ubitą ziemię!

Wejście do pieczary pozostawało złowieszczo bezsmocze.

– Konia! – warknął hrabia w kierunku giermka.

Pachoł pojawił się rychło, prowadząc rumaka i trwożliwie rozglądając się po polanie.

– Panie… niechaj smoka. Odjedźmy lepiej… łacniej przeżyć, miast…

– Cichaj! Na kolana.

Po plecach stękającego z wysiłku sługi hrabia wdrapał się na rumaka.

– Nie chciałaś wyjść, gadzino? To ja do ciebie pospieszę. Drżyj, jaszczurze! Zaraz pomacam cię moim żelazem a twoje ścierwo potratuje kopytami mój wierny przyjaciel!

Rycerz poklepał konia po szyi dodając jemu i sobie otuchy, po czym dobył miecza i…

– Jiiiihaaa! – Pokłusował w kierunku pieczary.

Sługa wycofał się i zajął na powrót swą bezpieczną pozycję za grubym pniem. Rychło dobiegł go potworny łomot pomieszany z krzykiem oraz potwornym wizgiem śmiertelnie ranionego konia. Pachołek czym prędzej wziął nogi za pas. Jego muł również.

* * *

– Cześć, słodziutka! – Smoczyca Tarna wpadła do pieczary jak zwykle, z impetem, ignorując nieprzyjemny odgłos łusek zgrzytających w przyciasnym wejściu. – Ooo, obiadek?

            Pytanie było ze wszech miar uzasadnione. Gospodyni odrywała właśnie z żeber końskiego truchła płaty mięsa i pochłaniała je mlaszcząc głośno. Posiłek najwidoczniej trwał już od jakiegoś czasu, bo smoczyca była dokumentnie zbryzgana krwią, na szkielecie konia zostało już tylko jakieś smętne ochłapy zaś obok spoczywały okrwawione skorupy rycerskiej zbroi.

– Przyłączysz się? Uups… po prawdzie to niezbyt już jest czym poczęstować. – Spłoniona Orefa odsunęła truchło na bok i szerokim gestem łapy dała znak przyjaciółce by ta się rozgościła.

Smoczyce przywitały się po kobiecemu chuchając gorącym powietrzem z nozdrzy po obu stronach pysków, po czym Tarna rozsiadła się, wygodnie moszcząc wielkie cielsko na hałdzie różnorakich kości zalegających pod ścianą pieczary.

– Miał co ciekawego na stosik?

– Nic, tylko taką blaszkę. – Orefa zaprezentowała na wyciągniętym szponie niewielki ryngraf – Ale… – Powąchała przedmiot podejrzliwie. – Na mój nos to pozłacane jeno.

– Phi. Biedak.

– Ano biedak. Ale konia miał!

– Och, Orefko, Orefko! – Tarna spojrzała na przyjaciółkę z politowaniem – Rycerze, to rozumiem. Ale to już trzeci koń w tym tygodniu!

            Orefa teatralnie przewróciła oczami próbując równocześnie dyskretnie usunąć spomiędzy zębisk fragment kolczugi.

– A zaraza ich, rycerzyków chromolonych. Cosik się u nich aktualnie taka moda zrobiła, do pieczary – na koniu! Onegdaj normalnie zsiadał taki na polanie i do mnie sam właził. A jak poczynał wyć, to koń brał kopyta za pas. A tera, co jeden, to szarżuje. To się i od jednego zamachu łapą i rycerz, i konik trafia. I cóż, Tarno, mam koninkę ostawić, coby zgniła?

– Słusznie, słusznie, mięsko dobre, szkoda marnować.

– A dupa rośnie – westchnęła sentencjonalnie Orefa, oblizując się ze smakiem.

Odpowiedzi

Z informacji dodatkowy - powyższy szort był moim debiutem w konkursach spodenkowych.

Bardzo lubię ten rodzaj humoru - zupełnie jak w dowcipach o hrabim i hrabinie. :)

Fajne :)

Lekko napisane. Fajna historia.