Kryzys niewiary

Ocena: 
9
Average: 9 (1 vote)

Jak świt nastaje po nocy, jak wiosna po zimie, tak i ten dzień musiał w końcu nadejść. Wampir Mieczysław zwątpił w swoją niewiarę i zakwestionował nieobecność Boga. W dość bezpośredniej konfrontacji.

Było to całkiem przyjemne wiosenne popołudnie i nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. Ptaszki ćwierkały, drzewa kwitły, zakochani trzymali się za ręce, a wampir Miecio snuł się rozmarzony po rozgrzanych chodnikach.

„Jakie piękne te drzewka” pomyślał, a myślał niesepleniąco i jak najbardziej poprawną polszczyzną. „Jakie śliczne listki i piękne larwy je zżerające.”

Wampir przytulił się entuzjastycznie do starej brzozy, oplótł ją pelerynką i rozmarzył się jeszcze bardziej:

„... co taka śliczna dziupla, robi w takim parku jak ten...” cmoknął głośno w wystający konarek i pomaszerował dalej.

Mijał właśnie stary kościół, gdy kilka rzeczy wydarzyło się niemal jednocześnie. Wampir Mieć potknął się na nierówności chodnika; w pobliskim kościele zadźwięczał dzwon; siedzące na gzymsie gołębie poderwały się do lotu spłoszone, krusząc rozsypującą się zaprawę, a poluzowana  cegła, od kilku lat czekająca na tę chwilę wolności, z radosnym szumem popędziła ziemi na spotkanie. Traf chciał, że punktem pośrednim stała się głowa Miecia, gramolącego się powoli z czworaków.

Łupnęło, huknęło i zapadła cisza.

- Łofef kułfa... - rozległo się po chwili gdzieś z poziomu chodnika. - Fentralnie w fubek fłowy. Aua.

Miecio podniósł się niepewnie, ale świat zawirował i wampir pacnął ponownie na chodnik.

- Aua.

Potoczył wokół zamglonym wzrokiem i skupił spojrzenie najpierw na pokruszonej cegle, a potem na wielkiej bryle kościoła. Gmach zdawał się sięgać nieba, drwić z maleńkości i nieporadności Miecia.

- Więf to tak - mruknął marszcząc brwi. -  Nie fe mną fe numefy. Ktof tu zafarł z niefłafciwym dniafem...

Miecio sapnął raz, drugi, z niemałym trudem przyjął pozycję w miarę pionową (acz rozchybotaną) i z dumą (acz zakosami) wszedł do świątyni.

***

Było cicho. Drobinki kurzu tańczyły we wpadających przez okna barwnych pasmach światła. Wampir Mieć szedł wzdłuż nawy głównej, przytrzymując się czasem drewnianych ław. Zatrzymał się przed ołtarzem.

- Jeft tu kto?! - zawołał.

Nikt nie odpowiedział.

- Łafnie tak fucać fegłami f pfechodnia?! - zawołał głośniej.

Cisza.

- No fłafnie. Nifogo nie ma i fyć nie foże - podsumował zuchwale i wziął się pod boki. - Qfot efat demonftfandum.

Wampir odwrócił się na pięcie (dwa razy, ponieważ zabłądzony błędnik jeszcze nie całkiem wrócił do formy) i pomaszerował w kierunku drzwi.

- Fegnam!

DO WIDZENIA - zagrzmiało wokół.

Wampir skrzeknął przeciągle, szara pelerynka zafurgotała i zniknęła wraz z Mieciem gdzieś między ławami. Po chwili spod jednego z klęczników wychynęła nastroszona głowa.

- Kto tu jeft?

WLAZŁEŚ DO DOMU MEGO, ŻE TAK POWIEM, I JESZCZE MASZ CZELNOŚĆ PYTAĆ? - Głos zadudnił ponownie. Zdawało się, że dobiega ze wszystkich stron jednocześnie.

- Ale...

ŻADNE ALE! ZŁE JEST TWOJE ZACHOWANIE, MIECZYSŁAWIE!

- A kfo fucił fe mnie cegfą, hę? Za fakie gfechy? - Wampir odzyskał rezon. Odrobinkę.

ZA GFECHY... TFU! GRZECHY LICZNE I NIESŁYCHANE! ZA NAGABYWANIE NIEWIAST, NA PRZYKŁAD.

- Ale ja je fylko fak foszeczkę. Fiut-fiut... - zaoponował Miecio, bo przecież wiadomo, że z instynktami walczyć nie sposób.

MUSISZ SIĘ POPRAWIĆ, BO INACZEJ BĘDZIESZ MIAŁ, ŻE TAK POWIEM, PRZECHLAPANE.

- To juf nie fogę nagafyfać?

POMYŚLIMY. ZACZNIEMY OD BARDZIEJ PROZAICZNYCH RZECZY. HM... PO PIERWSZE - WYPIERZ SWOJE OKRYCIE. CZYSTOŚĆ CIAŁA TO CZYSTOŚĆ MYŚLI.

- Dobfe - przytaknął wampir. - Fyftofć.

PO DRUGIE - ZRÓŻNICOWANA DIETA, A NIE TYLKO TEN CZOSNEK I CZOSNEK. OD CZASU DO CZASU SAŁATA JEST WSKAZANA.

- Z czofnefkiem? - zapytał uradowany Miecio.

NIE.

- A z febulką?

NIE. SAMA ZIELENINA. O, I TU WKRACZA TRZECIA RZECZ... TEN TWÓJ ZWIERZ, JAK MU TAM...?

- Myfaty?

O WŁAŚNIE. MUSISZ BARDZIEJ O NIEGO DBAĆ. OTWIERAĆ OKNO NA NOC, KUPOWAĆ ŚWIEŻE ROBACZKI, PODZIELIĆ SIĘ SAŁATĄ, ROBIĆ MASAŻE RELAKSACYJNE Z OLEJKAMI RÓŻANYMI...

- Myfatemu?

TAK, MYSZATEMU! - zagrzmiał Głos Pana, aż szyby w oknach zadźwięczały. - STOSUNEK DO MNIEJSZYCH JEST MIARĄ WIELKOŚCI, ŻE TAK POWIEM.

- Dobfe. - Wampir skwapliwie pokiwał głową i powoli zaczął przesuwać się w kierunku drzwi.

I PAMIĘTAJ, MIECZYSŁAWIE - zadudnił Głos. - OBSERWUJĘ CIĘ KAŻDEGO DNIA. BĘDĘ WIEDZIAŁ... ZAMKNIJ DRZWI ZA SOBĄ, JEŚLI ŁASKA.

Pospieszne kroki zatuptały po kamieniach posadzki, drzwi skrzypnęły i zamknęły się głucho.

***

- ... i ftedy wyfedłem. - Miecio skończył relacjonować swoje spotkanie z wyższą instancją.

Siedzieli na dachu. Myszaty półwisząc podskubywał z lubością suszone muchy.

- Pięknie - odpowiedział mlaszcząc. - Miałeś bliskie spotkanie czwartego stopnia, że tak powiem...

W ciszy, która zapadła, Myszaty głośno przełknął kolejną muchę. Nie patrzył na Miecia, ale niemal czuł, jak wzrok wampira drąży mu dziurę w głowie.

- Myfaty...

- Mieciu! - Nietoperz zaświergotał słodkim głosem. - Może masz ochotę na masaż? Relaksacyjny? Gdzieś tu był olejek różany...

Łupnęło, huknęło i zapadła cisza.