Dziadek do orzechów

Ocena: 
10
Average: 10 (1 vote)

Siedzę na kuchennym stołku i jak zahipnotyzowana wpatruję się w córkę, która za pomocą dziadka do orzechów od godziny próbuje rozgnieść orzeszka. Wciąż pracuje nad tym jednym, a ja spoglądam na nią znużona i wiem, że jeżeli zajdzie taka potrzeba, spędzę na tym taborecie nawet rok. Muszę uzbroić się w cierpliwość. Pozwolę jej na tę odrobinę samodzielności. Bo tak to już jest, że jakkolwiek bym się nie starała go powstrzymać, czas i tak płynie nieubłaganie. Moja córka w końcu musi nauczyć się samodzielnie rozgniatać orzeszka. Tego i następne...

Przed oczami mam śliczną twarz mojej córeczki. Na jej buzi pojawiła się pajęczyna... pajęczyna zmarszczek. Znów siłuje się ze starym dziadkiem do orzechów. Kości mnie bolą, właściwie to boli mnie wszystko i mam wrażenie, że spędziłam na tym taborecie co najmniej wieczność. Deja vu?

Z salonu dobiega do nas rozmowa nastolatków. Mówią o nadludziach i zastrzyku długowieczności. Natalka uśmiecha się, w ogóle się nie zmieniła. Długie blond włosy zalewają twarz. Jej dzieci, a moje wnuki, są już takie dorosłe. Wkrótce będę prababcią. Podrywam się gwałtownie, przypominając sobie o czymś. Miałam przecież obudzić męża! Chciał się zdrzemnąć, prosił o piętnaście minut! Jeżeli nie wstanie zaraz, nie będzie mógł zasnąć wieczorem. Zawsze tak miał. Moment! Od tamtego dnia, gdy Natalka po raz pierwszy siedziała na schodach i rozgniatała orzecha, podczas gdy jej ojciec udał się na drzemkę, minęły trzydzieści dwa lata. 

Z wysiłkiem pokonuję schody. Wpadam do sypialni. Serce tłucze się jak oszalałe. Opieram się o framugę, żeby złapać oddech. On leży. Już nie śpi. Patrzy i uśmiecha się do mnie. Zapach kamfory i naszych leków przesycił powietrze. W ciepłym świetle wygląda jak zawsze.

Czymże jest czas?, zastanawiam się.